Aleksander dnia 29 lipca 2016

Dzień siódmy

W drodze do Isola 2000Wstaje rano, nie będę jadł w hoteliku śniadania bo mam do zrobienia coś około 80 km do miejscowości Isola, w której namierzyłem Mszę o 9:30. Wiedząc już jak to jest z odległościami w tych górach, startuje zaraz po ósmej. Pogoda wyśmienita, droga jak zwykle wije się wąwozem. Jeszcze tedy nie jechałem, ale zawijasy, tuneliki i mosty jakby znajome. W końcu co można nowego wykombinować na płaskiej ścianie? No w sumie można… Wczoraj widziałem niesamowitą konstrukcję. DCIM107GOPROWyobraźcie sobie że macie półkolistą alejkę w ogrodzie, którego… nie ma! Piesza kładka w postaci kamiennego łukowego mostu o filarach mających ze dwadzieścia czy trzydzieści metrów wysokości, wychodząca prosto w przepaść aby łagodnym łukiem zawrócić prosto do drzwi wejściowych domu, usytuowanego na krawędzi przepaści. Matko, każde wyjście za próg to spacer nad otwartą czeluścią… Chyba bym wolał zrobić drzwi z tyłu domu :-)

DCIM107GOPRODo miejscowości Isola przybywam w sam raz, dwanaście minut przed Mszą. Miasteczko wbite w dolinę, nie bardzo widać co gdzie jest, wiec wjechałem na serpentynę powyżej miasta, dokładnie w momencie gdy odezwał się dzwon kościoła. Patrzcie jakie praktyczne… Juz wszystko było wiadomo. Po chwili zaparkowałem przed samymi schodami do świątyni. Wewnątrz ładny zabytkowy wystrój, strzelista i oświetlona nawa główna. ŚniadankoW ławkach siedzieli głownie starsi ludzie, jedno małżeństwo z trojką dzieci i jakaś wystraszona para ubrana nadzwyczaj odświętnie. Łącznie 25 osób, ja i jakiś turysta.

Msza po francusku to dla mnie pewne wyzwanie ale z pomocą internetu jakoś zsynchronizowałem się z liturgią. Typowo dla małych wspólnot wszyscy biorą czynny udział, nie tak jak w naszych wielkich parafiach, gdzie ma się wrażenie ze wierni przyszli jako widzowie.

Po Mszy jeden z uczestników, starszy wysoki mężczyzna, przyszedł pogadać. Wyczaił że jestem z Polski i jakoś go to bardzo zaintrygowało. Chwilę pogadaliśmy łamaną angielszczyzną… Po nim zagaił rozmowę członek klubu motocyklowego, który nieopodal zbierał się do wyjazdu. Strasznie intrygowały go moje lampy błyskowe. Zaprowadził mnie do swojego motocykla gdzie z dumą zaprezentował swoje oświetlenie migające na biało. Nalegał na pokaz mojego ale gdy zobaczył ze to wyposażenie pojazdu uprzywilejowanego a nie imitacja dziennych lampek, troszkę się zaniepokoił. Chyba jakiś uraz miał do służb ;-) Przekonałem go, że w Polsce pojazd ratowniczy to nie musi być od razu Policja. Chyba się udało, bo na przełęcz powyżej Isoli 2000 pojechałem razem z klubem. Musze przyznać ze jechali bardzo profesjonalnie i makabrycznie szybko jak na tak liczną grupę. Ci to ewidentne wychodzą aby ostro pojeździć a nie dekować się w knajpach…

Po wspólnej jeździe przyszedł czas na śniadanie, które zjadłem w pięknych okolicznościach przyrody z przepięknym widokiem na dolinę. Żyć nie umierać :-)

Po zjechaniu w dolinę dopadł mnie tak straszny upał że powypinałem z kurtki i spodni wszystko co się dało ale niewiele to pomogło. Czterdziestostopniowy żar nie chłodził nawet przy jeździe.

Wykonałem kilkusetkilometrowy skok wzdłuż łańcucha górskiego aż do Lago Maggiore. Momentami jadąc mocno powyżej dopuszczalnej na autostradzie prędkości miałem trochę ulgi od gorąca. Niestety gdy autostrada się skończyła żar znowu dawał się we znaki.

Pokój w B&B Villa MoroPrzed wieczorem dotarłem do ciekawej miejscowości o dźwięcznej nazwie: Domodossola, gdzie wybrałem hotelik B&B Villa Moro. Niesamowite miejsce! Trochę jakbym mieszkał w muzeum albo w jakiejś świątyni. Wszędzie rozmieszczono gustownie dobrane drobiazgi, całość starannie skomponowana, każdy pokój o odrębnym klimacie i wymowie. Wszędzie porozkładane, otwarte do czytania książki (klasyka, sądząc z autorów), do tego przechadzające się leniwie dwa psy i kot. Jak dodam ze rano zaproszony zostałem do ogrodu, gdzie mając przed sobą panoramę całego miasta w dolinie, degustowałem wegańskie śniadanie to chyba macie obraz całości.

Tak oto minęła mi ta niedziela, od której można zacząć liczyć dalszą trasę jako powrót do domu…

Aleksander dnia 28 lipca 2016

Dzień szósty

Wyruszyłem dość wcześnie, z sercem na ramieniu zapinając jedynkę i puszczając sprzęgło na ekstremalnie stromym podjeździe spod hotelu. Ma kopa ten sprzęt… Jakby na płaskim ruszał. Aż miło!

W drodze na przełęczWróciłem z powrotem na Route des Grandes Alpes. Po kilkudziesięciu kilometrach fantastycznej jazdy wzdłuż wąwozu, rozpocząłem podjazd na bardzo ciekawą przełęcz – Col de Bonette. Podjazd długi i kręty, dolna cześć już zanurzona w śródziemnomorskiej przyrodzie, górna zapadniętą w skalnym piargu i śniegu. Widoki są niesamowite, powietrze na tej wysokości ma już inny odcień i jest tak czyste iż łatwo o omyłkę w ocenie odległości. Widok ze szczytuGdy po wielu zakrętach dotarłem na przełęcz, okazało się ze droga do szczytu Cime de la Bonette jest już odśnieżona i w pełni przejezdna. Poprzednio nie było mowy aby tam się zapuścić – kilka metrów za przełęczą zaczynał się głęboki na dwa metry śnieg. Teraz takiej okazji nie odpuszczę! Podjeżdżam ile się da do góry. Parkuje motocykl, zakładam zimową czapkę, okulary słoneczne i rękawiczki. Tak przygotowany ruszam piechotą na sam szczyt. Przełęcz znajduje się na wysokości 2802m a szczyt na 2862 m. Zaparkowane pod szczytem pojazdyNiby 60 metrów w pionie to nie za dużo ale w ciuchach i butach motocyklowych na wysokości prawie 3000 m to zupełnie co innego. W drodze ku morzuNa górze stanąłem niezłe zasapany. Ale warto było! Widok wokół jest taki jakby się stało na czubku świata! Razem z zapoznanymi Francuzami porobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia i wymieniliśmy się propozycjami tras w okolicy. Zejście było już mniej męczące i jakby szybsze. Po chwili oglądania zgromadzonych pojazdów ruszam w dalszą drogę.

Jazda w kierunku wybrzeża, poza kilkoma przełęczami, wiodła cały czas niesamowitymi kanionami. Ma się tam wrażenie, że inaczej niż w centralnych Alpach, tutaj człowiek od lat walczy aby góry ujarzmić i wciąż tylko nadgryza ich potęgę, wrzynając kolejne nitki dróg w skaliste ściany urwisk. Każdy skrawek półki skalnej, każde spłaszczenie stoku, nawis skalny lub ostroga odstająca od ściany jest okazją do poprowadzenia następnego odcinka drogi. Nie potrafię sobie wyobrazić trudów budowy tych szlaków…Morze Śródziemne

Po kilku godzinach jazdy, bez żadnego uprzedzenia, zza kolejnego zakrętu zobaczyłem błękit morza. Morze Śródziemne! W tym miejscu góry wpadają prosto do wody, bez jakiegokolwiek przejścia przez przedgórze. W jednym miejscu spędza się wakacje w górach i nad morzem :-)

W kilkanaście minut dotarłem do nadmorskiej miejscowości Mentona. Tam zjadłem obiad i udałem się na wycieczkę wzdłuż morza.Nadmorska promenada

Jazda po Lazurowym Wybrzeżu wymaga sporo cierpliwości. W tym momencie roku cała ta okolica kipi życiem i panuje tam niezwykły zorganizowany chaos. Jeśli dodać do tego niemałą zamożność przebywających tam gości dostaje się mieszankę stanowiącą ogromny kontrast do surowych i cichych gór. Wszędzie luksusowe hotele, drogie samochody, jachty za które można kupić kilka domów. Dziesiątki restauracji, barów, kasyn… Dla miłośników szybkich samochodów to jest raj, ulicami przetaczają się bolidy z których potrafiłem rozpoznać tylko Ferrari…

Niezwykłym miejscem, ociekającym bogactwem i przepychem jest Monaco. Uliczki jak z folderów reklamowych, drogie pojazdy, bogato ubrani ludzie i pewien dysonans – głośni i bezczelni Rosjanie, zupełnie niepasujący  do elegancji otoczenia. Najwyraźniej bogactwo każdemu otwiera drzwi na salony a zwracający na siebie uwagę mieszkańcy wschodniego imperium na biednych nie wyglądali…

Nadmorski odcinek wycieczki zakończyłem przejazdem nadmorską promenadą w Nicei. Szeroka aleja, z jednej strony ograniczona plażą, z drugiej szeregiem hoteli i restauracji, pełna jest turystów i plażowiczów. Panuje to względny spokój i wakacyjna atmosfera. Nic nie wskazuje na nadchodzący dramat w którym życie straci ponad osiemdziesiąt osób. Dokładnie w tym miejscu, dwa tygodnie później, będzie miał miejsce przerażający akt terroryzmu – zamachowiec wjedzie w tłum ciężarówką i przez 2 km będzie szarżował mordując zdezorientowanych turystów i mieszkańców Nicei.

Po zwiedzeniu plaży i mariny, zmęczony upałem i gwarem, odbiłem z powrotem w góry. Znalazłem tam cichy i malutki hotelik położony w głębokiej dolinie, w rozwidleniu dróg. Tam udałem się na zasłużony odpoczynek po tym długim i nieco szalonym dniu.

Tagi: ,

Aleksander dnia 26 lipca 2016

 

Dzień piąty.

Noc była ciężka. Bardzo gorąca i parna. Przy hotelu przebiegała hałaśliwa droga, zasnąć pomimo zmęczenia nie było łatwo. Z kranu woda ledwo ciurkała ale jakoś udało mi się uskutecznić poranną kąpiel. Śniadanie podano raczej na słodko ale z wielkim dzbankiem gorącej i smacznej herbaty – czego się po lokalesach nie spodziewałem. A za oknem ani jednej chmurki!

Ruszyłem w kierunku Morgex. Uwaga praktyczna – nie opłaca się zjechać na autostradę, lepiej poruszać się lokalną drogą i przyglądać porannej krzątaninie mieszkańców. Po około dwudziestu kilometrach odbija droga prowadząca na przełęcz Col do petit Saint Bernard. Na szczycie, mijając wielką figurę bernardyna, wkraczam do Francji. Tadaaam!Wrota Francji

Po zjechaniu z przełęczy wkraczam na szlak turystyczny o nazwie Route des Grandes Alpes (http://www.moveyouralps.com/en/route-des-grandes-alpes/the-alpine-route)

 

Gdy kilka lat temu planowałem trasę przez francuskie Alpy, nie wiedziałem o istnieniu tego szlaku. Planując wybierałem najbardziej wykręcone drogi i łączyłem je w sensowną całość. Dopiero gdy ruszyłem zgodnie z planem, okazało się że jadę właśnie po tej znanej trasie turystycznej. Francuzi odrobili prace domową! Jeśli będziecie trzymać się charakterystycznych brązowych oznaczeń tego szlaku – najpiękniejsze przełęcze i przejazdy są zagwarantowane!Oznaczenie szlaku

Pierwszą z nich jest przełęcz Col de Iseran. Podjazd jest malowniczy i długi. Powyżej ogromnej tamy, droga zaczyna nabierać ostrości. Coraz więcej jest śniegu. Co ciekawe w porównaniu z poprzednimi dniami mijam tam sporo motocyklistów. Wjazd zajmuje ponad godzinę ale widok na przełęczy zapiera dech w piersiach. Jest rześko a słońce oślepia tak ze bez ciemnych okularów trudno mi wytrzymać.

Pierwsze co rzuca się w oczy to skala, ogrom otoczenia. Porównując te przełęcze ze szwajcarskimi, wydają się być ogromne i rozległe. Dwie czy trzy pokonane w ciągu dnia to duża dawka jeżdżenia. Wysokości tez są już bardziej imponujące np. Col de Iseran ma 2770 m npm.

Col de IseranInna ciekawa obserwacja to wpływ warunków pogodowych na percepcję tego miejsca. Poprzednia wizyta pozostawiła mi wspomnienia bardzo niegościnnego miejsca i trudnego technicznie podjazdu. Wtedy wspinaliśmy się w zacinającym deszczu, padającym śniegu i wyjącym wietrze. Dzisiejsze słońce i ciepły wiaterek odczarowały tę przełęcz, pokazując jej najlepsze strony.

Na zjeździe trwają prace drogowe, trzeba naprawdę uważać bo asfalt jest miejscami poprzecinany głębokimi rowami i nie jest trudno wyłożyć się na jednej z licznych krawędzi. Po drodze mijam jeszcze jedną przełęcz ale ma się ona nijak do tej zdobytej przed kwadransem. To Col de la Madeleine o wysokości 1746 m npm. Taka tam górka…

Na dole obok drogi niepozorna ciekawostka. Znajduje się tam początek szlaku, który przez 30 km prowadzi śladami Hannibala i jego oddziałów. Ciekawy pomnik ze słoniem zwraca uwagę…

Widok z Col du GalibierKoło Modane wracam do cywilizacji i przez jakiś czas jadę obok autostrady. W pewnym momencie znajoma strzałka szlaku zabiera mnie na lewo od razu kierując na serpentyny. Tym razem celem jest przełęcz Col de Telegfaphe o wysokości zaledwie 1566m oraz położona zaraz za nią Col du Galibier o wysokości 2677m. Ta druga warta jest szczególnego zachodu bo widok, który z niej się roztacza jest niesamowity i to na obie strony. Należy jednak uważać aby tuż przed szczytem omyłkowo nie wjechać do wahadłowego tunelu bo najlepsze zostanie nad nami.

Wypadek w drodze na Col du GalibierJadąc na Col du Galibier dogoniłem jadącą na sygnałach karetkę. O dziwo miała holenderskie numery… Domyśliłem się że najprawdopodobniej zabezpiecza dzisiejszą imprezę kolarską. Po kilku zakrętach stało się jasne co było powodem pośpiechu. Jeden z rowerzystów uległ dość ciężkiemu wypadkowi na zjeździe. Wspólnie we trzech z ratownikami udzieliliśmy pomocy poszkodowanemu, przydał się mój kołnierz i opatrunki. Zabezpieczonego rowerzystę przekazaliśmy francuskim ratownikom, którzy dotarli na miejsce kilka minut po nas. A jednak warto było ciągnąć całą ratowniczą graciarnię na drugi koniec Europy. Swoją drogą dla przyzwyczajonego do praktyk PRM-u zaskoczeniem było jak chętnie ci ratownicy współpracowali z osobą spoza zespołu. Aż miło…

Za Col du Galibier skierowałem się na Briancon jadąc mało ciekawą i ruchliwą drogą. Za tym miastem zdobywam kolejną wartą uwagi przełęcz – Col du Izorad. Można zaobserwować już zmiany w roślinności jaka otacza podjazd. Wyraźnie można już wyczuć południowy klimat połączony z wilgocią i chłodniejszymi nocami. Wszystko aż kipi od życia i roślinności.

Gdzieś we Francji...No i od tego momentu następuje znacząca zmiana tego jak odbieram mijane góry. Przyzwyczajony do powielanego schematu: pozawijany ostry podjazd – goła przełęcz – pozawijany zjazd, teraz zaczynam doświadczać zupełnie innego układu.  Alpy Francuskie są bowiem zupełnie inne…  Od zjechania z przełęczy Col du Izorad jedzie się wiele kilometrów kanionem, po drodze niepokojąco wijącej się nad przepaścią. Zupełnie jak na pierwszych grach komputerowych – prosta ściana nad głową, płaska półka asfaltu i prosta ściana pod nogami. Do tego jeszcze setki zawijek, nawisów, małych tuneli. Obłęd! I tak właśnie wyglądają Alpy nadmorskie. Długie i kręte, często bardzo głębokie kaniony które biegną od szczytów ku morzu. Tak jadę niemal do samej miejscowości Vars za którą pokonuje kolejna przełęcz Col de Vars o wysokości 2109 m npm.

Ponieważ trudno było mi znaleźć w tej okolicy nocleg w rozsądnej cenie odskakuje na noc za granice włoską aby tam przenocować. Kosztuje mnie to jeszcze jedną wspinaczkę na kolejną przełęcz Col de Larche. Ciekawostką jest elektroniczny system monitorujący aktywność lawin kamiennych i zamykający drogę na czas ich zejścia. Tym razem nie zeszła…

Samego hotelu trochę szukałem… Był w mieścinie gdzie ulice są zamykane na noc i jest ich całych trzy. Do tego żadna nie jest płaska tylko pną się jak jakieś kozice. Manewrowanie moim cielakiem i buczenie pod oknami nie było najlepszym pomysłem więc najpierw zrobiłem piesze rozpoznanie – 50 metrów w każdą ze stron :-)
Hotel był, właścicielka czekała cierpliwie. Trochę trudno było znaleźć położenie w którym mogłem zaparkować motka. Pochyłość każdego chodnika w tym miasteczku była tak duża że bałem się iż nie ustoi ani na biegu ani na kosie. W końcu znalazłem położenie w którym był stabilny a rano obędzie się bez holownika.

Sam domek okazał się wewnątrz niesamowicie komfortowy. Z zewnątrz wyglądał jak sklejony z kilku domów, kilku stylów i wielu nieprostopadłych powietrzni. W środku jednak wszystko w najwyższym standardzie. Pomimo ze było tylko jedno piętro do dyspozycji gości była nawet hydrauliczna winda. Ot Europa…

Padłem niemal natychmiast…

 

 

Aleksander dnia 4 lipca 2016

 

Dzień czwarty

Obudził mnie deszcz stukających o dach… Wsłuchiwałem się w ten szum przez chwilę… Wyglądało że nie jest to znudzony kapuśniak ale prawdziwe oberwanie chmury. Przekręciłem się więc na drugi bok i pospałem jeszcze godzinę. Wstałem rześki i wypoczęty. Po porannej ulewie zostały tylko kałuże i skłębione chmury w dolinie.

W kuchni czekało na mnie śniadanie. Byłem w hotelu zupełnie sam jeśli nie liczyć właścicielki. Cicho, spokojnie, smacznie… Dobrze nastrojony porannym jedzeniem szybko spakowałem się i ruszyłem. To bardzo miłe gdy w momencie wyjazdu z parkingu jesteś już na pierwszej tego dnia serpentynie… Dokończyłem rozpoczęty wczoraj podjazd drogą SS36 na Montespluga i dotarłem na opustoszałe stoki wokół wielkiej tamy. Powitało mnie stado rozbawionych kóz. Nawet ścigać się chciały :-)
Zjazd do Splugen jest również warty uwagi, droga kręci tak że nawet na chwilę nie posiedzi się całym zadkiem na kanapie.

IMG_2473

Po dotarciu na dno doliny skierowałem się w lewo ku przełęczy San Bernardino. Droga nr. 13 wiedzie równolegle do trasy szybkiego ruchu i trzeba uważać żeby przypadkowo na nią nie zjechać (uwaga winieta!). Lepiej trzymać się drogi lokalnej bo to ona właśnie prowadzi na przełęcz a nie do tunelu.

Podjazd na przełęcz San Bernardino nie jest jakiś wyjątkowo trudny ale kilkadziesiąt razy trzeba ciasno zawrócić zanim stanie sie na brzegu jeziora znajdującego sie na przełęczy. San Bernardino wyróżnia się wśród innych szwajcarskich przełęczy niezwykłym urokiem i malowniczością. Warto się tam choćby na kwadrans zatrzymać i chłonąć niezwykłą atmosferę tego miejsca.

St Bernardino

W czasie zjazdu wjechałem w niskie chmury pod którymi padało. Winkle pokonywałem wiec dużo ostrożniej. Wokół było tak niezwykle pusto jak nigdy dotąd. Ani jednego turysty… Za to świstaków naliczyłem kilkanaście. Jakie to ciekawskie stworzenia! Specjalnie wyłażą żeby przypatrzeć sie z bliska nadciągającej machinie. Dopiero w ostatniej chwili czmychają do norki obok drogi…

Na samym dole wyjechałem spod chmury i wyszło słońce. Jadąc zalesioną cichą doliną co jakiś czas przemykałem pod albo nad trasą szybkiego ruchu prowadzącą z tunelu.

Koło Bellizony zrobiłem niewielkie zakupy w Aldi. Matko, ale ceny… Zaopatrzony w wodę i owoce ruszyłem w kierunku przełęczy Gotharda. Dojazd jest fajny mimo iż jedzie sie mocno zurbanizowaną doliną. Atrakcji dostarcza wijąca sie uczęszczana linia kolejowa. Bez przerwy jadą nią jakieś pociągi wiec dla fana kolejnictwa nie jest to czas stracony.

W końcu mijam Ariollo i od tego momentu rozpoczyna sie podjazd. I tu uwaga – drogowskazy prowadzą na podjazd nową drogą, szeroką i ekspresową. Jedna tylko brązowa strzałka z napisem Grand Tour (albo jakoś tak…) wskazuje wjazd na starą drogę, która nazwę „la tremola” zawdzięcza nawierzchni z kocich łbów. Po raz pierwszy udało mi się właśnie nią podjechać na przełęcz… Poprzednim razem byla jeszcze zasypana śniegiem. A warto ją wybrać bo atmosfera tego podjazdu jest niezwykła! Fakt że trochę telepie i szosowe sprzęty mogą trochę dać w kość ich kierowcom ale przyjemność z jazdy jest warta niewygody pod czterema literami.

Jeszcze śnieg..

Jeszcze śnieg..

Zjazd na drugą stronę nie jest juz tak widowiskowy ale nadal warto mieć włączoną kamerę. Tym bardziej ze zjazd od razu przechodzi w podjazd na kolejną przełęcz Furkapass gdzie o tej porze roku zalegają jeszcze spore połacie śniegu. Krajobraz zupełnie inny, góry dominują tak mocno że człowiek czuje sie mały jak mrówka. Na szczycie widać jak gigantyczne są okalające dolinę szczyty. Sesja zdjęciowa jest obowiązkowa!

Zjazd z Furki może trochę przerażać bo ekspozycja jest znaczna a ogrom wysokości widać jak na dłoni. Na przeciwległym zboczu pnie się podjazd na kolejną przełącz Grimsel, która prowadzi z powrotem na północ. Ja jednak pojadę dalej wzdłuż kolei zębatej w dół doliny. Przede mną długi odcinek szeroką doliną w kierunku Francji. Po drodze mam okazje podziwiać kilka wojskowych lotnisk na których cały czas trwają starty i lądowania myśliwców armii szwajcarskiej. Ot ćwiczą sobie chłopaki… Można sobie posiedzieć i popatrzeć. Nikt tego nawet nie ogradza o zasłanianiu nie wspomniawszy… Generalnie w dolinie jest niewiele miejsca, mieści się czteropasmowa autostrada, linia kolejowa, rzeka i droga którą jadę. Cokolwiek więcej wcisnąć jest trudno więc jedzie się po prostu tuż obok rożnych obiektów, normalnie oddalonych i niedostępnych dla oczu turysty. Mija się wojskowe hangary zamaskowane ziemią, wloty do kopalni, bloki energetyczne licznych elektrowni wodnych, kamieniołomy i tartaki. Wszystko na wyciagnięcie ręki…

Obiad zjadam w McDonalds. Przy tutejszych cenach to i tak jak wykwintna restauracja :-) Głównym wabikiem był jednak darmowy internet i możliwość sprawdzenia i wysłania wiadomości.

W końcu trochę juz znużony gorącem i jazdą 50-80 km/h docieram do Martigny. W tej miejscowości miałem spotkać się z Piotrem. Niestety musiał w ostatniej chwili zmienić plany i nie dana nam będzie wspólna jazda przez kolejny dzień. Co ciekawe do planowanego miejsca spotkania dojechałem tak jak się umawialiśmy punktualnie o 17:00. Nie miało to juz znaczenIa ale zawsze miło uświadomić sobie że dałbym radę :-) Czyżby szwajcarska dokładność mi się udzieliła?

Cóż począć? Ruszam na ostatnią tego dnia Wielką Przełęcz Św, Bernarda. Ruch w jej kierunku zaskakująco spory, ale wszystkie auta pędzą do tunelu o tej samej nazwie który umożliwia zaoszczędzenie kilkunastu kilometrów serpentyn. Chcąc jednak jechać przez samą przełęcz, po wjechaniu do kilkukilometrowego półtunelu, należy bacznie wypatrywać niebieskiej strzałki z napisem Col Pass.

Col du st Bernard

Wjazd mnie rozczarował. Pamiętałem poprzedni dokonany w padającym śniegu z deszczem i temperaturze zera stopni. Wtedy wydawał nie się taki długi i trudny. Teraz, w ciepłych promieniach słońca wjechałem tam bez żadnego problemu i w zasadzie była to najłatwiejsza przełęcz pokonana tego dnia… Nie znaczy to że nie warta wysiłku! Widoki na pokryte krą jezioro i klasztor są zachwycające.

Widok z przełęczy

Zjazd w dolinę Aosty zaprowadził mnie prosto do hotelu. Motocykl wyładował w garażu pod sąsiednim biurowcem a ja powoli szykuje się do snu…

A tu proszę, rysuneczek trasy:

FullSizeRender

Dzień trzeci

Śniadanie było delikatnie mówiąc oszczędne… Ale kilka minut wytrwałego spacerowania przy ladach i zaciętego kolekcjonerstwa pozwoliło mi najeść się do syta. Szybkie pakowanie, sprawdzenie motocykla i w drogę… Najpierw tankowanie. I pierwsze ciekawe spotkanie. Tuż przede mną tankować zakończyła grupka kilku motocyklistów. Jeden z nich okazał się ratownikiem, który pracuje w USA poruszając się na motocyklu. Żywo zainteresował się moim okogutowanym GS-em. Myślał ze tylko oni na to wpadli? Chwilę wymienialiśmy się uwagami i ciekawostkami. Potem rozjechaliśmy się w różne strony…

Fanzinie opuściłem wspinając się na Sellajoch i zachwycając się widokami jakie można zobaczyć wyłącznie w Dolomitach. Nagie, niezwykle zabarwione skały wyrastają tutaj bezpośrednio z lasu i zasłaniają sobą pół nieba. Przytłaczają ogromem i rzucają gigantyczne cienie w promieniach porannego słońca. Warto to zobaczyć!

Dolomity zapierają dech....

Dolomity zapierają dech….

Odbijając na lewo pojechałem ładną ale dość ruchliwą drogą w kierunku st. Urlich. Na kolejnym rozstaju opuściłem główną drogę prowadząca na autostradę i zagłębiłem sie w niesamowicie malowniczą dolinę. Wijąc sie miedzy pionowymi skałami tonęła w zieleni. Doprowadziła mnie do rozjazdu na którym znaki i nawigacja kierują w lewo do Bolzano. Ja miałem inny plan. Niezwykle stromą i krętą drogą wjechałem powyżej miejscowości Barbian. Każdemu polecam ten odcinek, finalnie i tak prowadzący do Bolzano. Zamiast jechać nudnym i ruchliwym dnem doliny, przez kilkadziesiąt minut jedzie się spacerowym tempem drożyną trawersującą przez pola i lasy. Droga ma momentami półtora metra szerokości ale jest bez problemu przejezdna dla motocykli i samochodów osobowych. To odcinek którego piękna nie da się łatwo zapomnieć.

Dosłownie na moment trzeba zjechać do Bolzano z jego korkami, skuterami i upałem. Jeśli przestawi się nawigacje na trasę krótką i wbije punkt na krętej drodze na północ od miasta – nie będzie się żałować. Wyjazd z Bolzano prowadzi prosto w góry, zyskując wysokość spiralą w połowie wiszącą nad doliną a w połowie zagłębioną w tunelu. Jeśli dodać do tego gigantyczny wodospad pośrodku to ma się ochotę jeździć tam i z powrotem…

IMG_2462

Dalej droga w kierunku Merano prowadzi podobnymi trawersami jak przed Bolzano, jest jednak bardziej kręta i szersza. Do samego miasta jazda to czysta przyjemność.

Dotąd nie wymyśliłem nic co pozwoliłoby ominąć drogę dnem doliny pomiędzy Merano a wlotem na Stelvio. Ładnie położona, otoczona winnicami i małymi miasteczkami droga jest ruchliwa i dość powolna. Na tym odcinku szczególnie odczuwałem 35 stopni jakie lało się z nieba. Cierpliwość w końcu doczekała się nagrody i mogłem skręcić w dolinę prowadzącą na Stelvio.

Wjazd na Stelvio

Wjazd na Stelvio od jedynej słusznej strony

Wjazd na tą jedna z najbardziej znanych alpejskich przełęczy już opisywaliśmy – tu i tu oraz tu i jeszcze tu więcej zdjęć. Tym razem niezwykła była tylko pustka jaka panowała na całym podjeździe. Spotkałem może z dziesięciu motocyklistów jadących w przeciwną stronę… Na przełęczy skosztowałem bułki z mięchem on ogorzałego Włocha. Dała się zjeść a w porównaniu z wczorajszym spaghetti to był niemal rarytas. No i kosztowała trzy razy mniej…

Widok z przełęczy Stelivio

Widok z przełęczy Stelivio – był już, ale będzie raz jeszcze. Do tego widoku naprawdę ciężko się przyzwyczaić….

Od zapoznanych na przełęczy Niemców dowiedziałem się że zjazd do Bormio jest zamknięty. Pozostał mi więc tylko zjazd przez przełęcz Umbrail do Szwajcarii. Był spokojny, prowadzący malowniczymi zakosami po gładkim asfalcie. Po dojechaniu do głównej drogi pozostała tylko leniwa jazda przez park narodowy w kierunku Zernez.

Od Zernez zmagałem się z silnym przeciwnym wiatrem oraz niezliczonymi mijankami. Wszędzie naprawiają drogi. Szło wolno i nawet podziwianie szalejących w dzikim wietrze zagłówek nie pomagało. Wiatr ucichł dopiero za przełęczą Maloja. Zapadła cisza jak nożem uciął.
Trasą tą jechałem dotąd tylko raz, jakieś sześć lat temu. Nie wiem jakim cudem nie zauważyłem wtedy gigantycznej zapory położonej wysoko nad doliną. Spiętrza ona rzekę Albigna tworząc Albignasee. Nie znalazłem żadnego dojazdu na mapie a szkoda bo obiekt jest niesamowity i trzeba mocno zadzierać głowę aby go w całości zobaczyć.

Po pokonaniu kilkudziesięciu serpentyn i zajechaniu dobre 600 m niżej wróciłem do Włoch. Odetchnąłem nieco – drakońskie kary za najmniejsze przekroczenia prędkości w Szwajcarii mocno mnie stresują. W Chiavennie odbijam w prawo i czas na wisienkę na torcie – podjazd na Monte Spluga. To droga, której na moje niefachowe oko po prostu nie powinno tam być. Pionowe skały, setki metrów ekspozycji i totalny brak miejsca na cokolwiek o droczenia nie wspomniawszy. A jednak zrobili tam drogę serpentyny wykuwając w tunelach lub wystawiając na doklejanych do skały estakadach. Mój lęk wysokości wystartował na wyścigi z klaustrofobią. Zawijki w tunelu a jak już się złamiesz to widzisz pod sobą przepaść. Odlot! A miejscowi poginają tamtędy jakby to była Marszałkowska…

Takie tam widoczki ... a jednak.

Takie tam widoczki … a jednak.

W końcu dotarłem do hotelu, którym okazał sie być uroczy domek tak schludny i czysty że aż strach czegoś dotknąć żeby nie zapaskudzić. Idę więc podotykać i zrobić sobie herbaty…

Aleksander dnia 30 czerwca 2016

 

Alpy – Dzień drugi.

Poranek po chłodnej nocy przywitał mnie ciepłym słońcem. Dzień zacząłem od spaceru po Fusch. Spokojna i zadbana miejscowość, jak wiele w alpejskiej części Austrii. Nie ma jeszcze ósmej ale pierwsze motocykle ciągną już na trasę przemykając grupkami na południe.

Wróciłem na pyszne śniadanie, swoistą mieszankę kuchni polskiej i lokalnej. Przy śniadaniu wywiązała się rozmowa o trasach w okolicy i zanim się spostrzegłem siedzieliśmy i wspólnie z nieznajomym planowaliśmy trasy na najbliższe dni.
W końcu przyzwoitość wymagała aby nie tracić dnia i ruszać. Szybkie pakowanie, tankowanie i w drogę. Słonko już mocno przypiekało, zaczęło mi być za gorąco ale pomny różnic temperatury pomiędzy dołem i górą trasy postanowiłem chwile wytrzymać. Chwila okazała się dłuższa niż się spodziewałem bo przy bramkach wjazdowych była spora kolejka. Mimo iż otwarte były trzy z nich, poczekałem 10 minut aż mogłem stać się biedniejszy o 25 euro opłaty za wjazd.

Kolejka do kasy

Kolejka do kasy

Dalej już tylko niczym nie ograniczona radość jazdy po tej fantastycznej drodze. Trasa ta wciąż dostarcza mi wiele radości bo za każdym razem widoki są nieco inne. Tym razem pejzaż upstrzony był plamami śniegu jak czarno-biała mozaika. A nad tym wszystkim majestatyczny Grossglockner. Fajne…

Nigdy mi się to nie znudzi...

Nigdy mi się to nie znudzi…

Na szczycie odbyło się pisanie kartek, zwyczajowa degustacja Almdudlera i w drogę na drugą stronę przełęczy. Przed zjazdem trafiłem na jakiś maraton nordicwalkingu. Tłumy starszych pań i panów wylewały się na drogę, płynęły hordami przez tunele i rozlewały się na łąkach. Razem z nimi maszerowały rzesze strażaków i ratowników. Na szczęście drogi nie zamknięto ale jechać trzeba było bardzo ostrożnie…

Nie nie, to nadal Grossglocknerstrasse a nie Dolomity..

Nie nie, to nadal Grossglocknerstrasse a nie Dolomity..

Przygotowując wcześniej trasę miałem rozterkę co zrobić po zjeździe spod lodowca. Jechać na zachód do przełęczy Staller czy prosto na południe w Dolomity. Jako że Dolomity odwiedziłem dotąd tylko raz a planowana droga była mi nieznana wybór padł na południe.

Ominąłem od wschodu Lienz i kierując się na Laas dotarłem do przełęczy Plockenpass po której przebiega granica z Włochami. Zawijki bardzo atrakcyjne, niektóre technicznie dość wymagające, ruch tez niemały. Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak za Paluzzą na drodze nr.123. Tam entuzjaści schodzenia na kolano mogą dać z siebie wszystko. Atrakcje nie maleją aż do Luincis.

Planowanie nie tylko z nawigacją!

Planowanie nie tylko z nawigacją!

Tego dnia popełniłem błąd. Zatrzymałem się w restauracji pod która nikogo nie było. Jak już zaparkowałem, zalazłem i wygarnąłem graty to czujność mi się wyłączyła. A nie powinna bo obsługa jakaś taka znudzona była i źle jej z oczu patrzyło…Na kolejne pytania o dania teoretycznie w ofercie słyszę ze nie i koniec. Stanęło w końcu na spagetti. Śmiało mogę powiedzieć że zaliczyłem najdroższe i najobrzydliwsze spagetti ever. Twardy, sklejony makaron pływający w gorącym tłuszczu. Nie przyznam się za ile. Sam sobie jestem winien…

Szybkie przeskok w kolejną dolinę i pechowy posiłek odchodzi w zapomnienie. Oczy cieszą kolejne zakręty. Ta trasa to bardzo ciekawa alternatywa do szlaków położonych bardziej na północy. Jedynie odcinek przed Cortiną z racji na duży ruch był nieco męczący. Ale tam wszelkie niedogodności wynagradzają widoki Dolomitów. Odcinek od Cortiny przez Arabbę do Canzanei to raj dla każdego. Od początkującego do takiego co juz wszędzie był i wszystko widział. Krótkie, blisko siebie położone przełęcze, masa możliwości modyfikacji tras daje nieograniczoną przyjemność jazdy.

Ale jako że dzień ma się już ku końcowi zajechałem do hotelu, który okazał sie być bardzo przytulny i nowoczesny. Motek dostał własny garaż a ja ciepły prysznic. To był bardzo udany dzień…

A na koniec podsumowanie trasy:

Zell am See (A)- Canazei (I)

Aleksander dnia 29 czerwca 2016

 

Dzień pierwszy – Dziennik Podróży: Alpy 2016.

IMG_5649

Oto jestem na miejscu…

Po zupełnie zwariowanej i zaskakującej nowościami wiośnie, po zdanych egzaminach dzieci, po rozstaniu z pracą i ostatnim miesiącu orki na dwa wykluczające się etaty -stoję i wsłuchuję się w szum alpejskiego potoku. Nierealne a rzeczywiste…

Zapada zmierzch pierwszego dnia moich prywatnych wakacji. Wokół rozchodzą się spokojne dźwięki lasu, co jakiś czas auto przetoczy się opustoszałą o tej porze drogą. Drogą nie byle jaką bo prowadzącą do jednej z najbardziej znanych alpejskich tras turystycznych: Grossglockner Hochalpenstrasse.
Dziś atrakcja ta jest już zamknięta na noc, niemniej jutro od niej planuję zacząć kolejny dzień…

Towarzyszy mi dziwne uczucie – zbudziłem się dziś rano niewyspany we własnym łóżku, ponad tysiąc kilometrów stąd. Dzień się jeszcze nie skończył a rozglądam się stojąc niemal w sercu austriackich alp. Jakoś świat strasznie się skurczył…

Dzisiejsza trasa nie należała do najciekawszych. Odnowioną „Gierkówką”, przez zakorkowaną Częstochowę, doleciałem do autostrady A1 na Brno. W Czechach przecinałem deszczowy front atmosferyczny, którego bliźniaka spotkałem po południu za granicą Austrii. Do Wiednia nie dojechałem, wcześniej odbiłem na Salzburg. A taka autostradowa jazda nie porywa… Silnik jednostajnie mruczy, kilometry lecą i nuda muli jak sen. To taka danina płacona za bardzo szybki dojazd do zaśnieżonych alpejskich szczytów. Przyznam się, że dziś po raz pierwszy, jadąc motocyklem, sięgnąłem po audiobooka. Nawet nieźle wyszło… Dzięki kolejnej, czwartej już dawce przygód komisarza Forsta, nie zanudziłem się na kolejnych odcinkach autostrady.

Gdy dotarłem w okolice Salzburga w kasku zapadła obowiązkowa cisza a oczom ukazały się pierwsze poważniejsze góry. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i autostradę zastąpiła atrakcyjnie wijąca się droga. Przede mną wyłoniła się dolina prowadząca w kierunku Wielkiego Dzwonnika, a w jej głębi, u podnóża stoków, miejscowość Fusch, ostatnia większa osada przed startem na alpejską trasę. Na liczniku 1070 km, minęła już 19, najwyższa pora na odpoczynek…

Wiele razy obiecywałem sobie tak zaplanować podróż w Alpy, aby wypróbować hotel Imbachhorn prowadzony przez Elę i Sławka Kotowskich w Fusch. Udało się, choć nie miałem odwagi wcześniej rezerwować pokoju – te 1000 km do przejechania budziło respekt. Hotel okazał się niemal pusty o tej porze roku, jeszcze przed wakacyjnym szczytem, z pokojem nie było więc problemu. Po rozpakowaniu gratów zajrzałem do baru. Dzięki otwartości i przyjazności właścicieli, poczułem się jakbym był tu po wielokrotnie. Wieczorne rozmowy przy herbacie przeciągnęły się do zmroku i oto teraz stoję wsłuchując się w gęstniejący wieczór…

Długi dzień, pełen wyczekiwania dobiegł do swego kresu. Mam taką refleksję: samotne podróżowanie motocyklem ma ogromną i niedocenioną zaletę… napotykani ludzie są niezwykle chętni do rozmowy, czasem nawet sami zaczepiają, pytają o motocykl, o trasę, o cel podróży. Wystarczy zatrzymać się na chwilę i dać sobie czas…

 

Tagi: , , , , ,