Dzień piąty.

Noc była ciężka. Bardzo gorąca i parna. Przy hotelu przebiegała hałaśliwa droga, zasnąć pomimo zmęczenia nie było łatwo. Z kranu woda ledwo ciurkała ale jakoś udało mi się uskutecznić poranną kąpiel. Śniadanie podano raczej na słodko ale z wielkim dzbankiem gorącej i smacznej herbaty – czego się po lokalesach nie spodziewałem. A za oknem ani jednej chmurki!

Ruszyłem w kierunku Morgex. Uwaga praktyczna – nie opłaca się zjechać na autostradę, lepiej poruszać się lokalną drogą i przyglądać porannej krzątaninie mieszkańców. Po około dwudziestu kilometrach odbija droga prowadząca na przełęcz Col do petit Saint Bernard. Na szczycie, mijając wielką figurę bernardyna, wkraczam do Francji. Tadaaam!Wrota Francji

Po zjechaniu z przełęczy wkraczam na szlak turystyczny o nazwie Route des Grandes Alpes (http://www.moveyouralps.com/en/route-des-grandes-alpes/the-alpine-route)

 

Gdy kilka lat temu planowałem trasę przez francuskie Alpy, nie wiedziałem o istnieniu tego szlaku. Planując wybierałem najbardziej wykręcone drogi i łączyłem je w sensowną całość. Dopiero gdy ruszyłem zgodnie z planem, okazało się że jadę właśnie po tej znanej trasie turystycznej. Francuzi odrobili prace domową! Jeśli będziecie trzymać się charakterystycznych brązowych oznaczeń tego szlaku – najpiękniejsze przełęcze i przejazdy są zagwarantowane!Oznaczenie szlaku

Pierwszą z nich jest przełęcz Col de Iseran. Podjazd jest malowniczy i długi. Powyżej ogromnej tamy, droga zaczyna nabierać ostrości. Coraz więcej jest śniegu. Co ciekawe w porównaniu z poprzednimi dniami mijam tam sporo motocyklistów. Wjazd zajmuje ponad godzinę ale widok na przełęczy zapiera dech w piersiach. Jest rześko a słońce oślepia tak ze bez ciemnych okularów trudno mi wytrzymać.

Pierwsze co rzuca się w oczy to skala, ogrom otoczenia. Porównując te przełęcze ze szwajcarskimi, wydają się być ogromne i rozległe. Dwie czy trzy pokonane w ciągu dnia to duża dawka jeżdżenia. Wysokości tez są już bardziej imponujące np. Col de Iseran ma 2770 m npm.

Col de IseranInna ciekawa obserwacja to wpływ warunków pogodowych na percepcję tego miejsca. Poprzednia wizyta pozostawiła mi wspomnienia bardzo niegościnnego miejsca i trudnego technicznie podjazdu. Wtedy wspinaliśmy się w zacinającym deszczu, padającym śniegu i wyjącym wietrze. Dzisiejsze słońce i ciepły wiaterek odczarowały tę przełęcz, pokazując jej najlepsze strony.

Na zjeździe trwają prace drogowe, trzeba naprawdę uważać bo asfalt jest miejscami poprzecinany głębokimi rowami i nie jest trudno wyłożyć się na jednej z licznych krawędzi. Po drodze mijam jeszcze jedną przełęcz ale ma się ona nijak do tej zdobytej przed kwadransem. To Col de la Madeleine o wysokości 1746 m npm. Taka tam górka…

Na dole obok drogi niepozorna ciekawostka. Znajduje się tam początek szlaku, który przez 30 km prowadzi śladami Hannibala i jego oddziałów. Ciekawy pomnik ze słoniem zwraca uwagę…

Widok z Col du GalibierKoło Modane wracam do cywilizacji i przez jakiś czas jadę obok autostrady. W pewnym momencie znajoma strzałka szlaku zabiera mnie na lewo od razu kierując na serpentyny. Tym razem celem jest przełęcz Col de Telegfaphe o wysokości zaledwie 1566m oraz położona zaraz za nią Col du Galibier o wysokości 2677m. Ta druga warta jest szczególnego zachodu bo widok, który z niej się roztacza jest niesamowity i to na obie strony. Należy jednak uważać aby tuż przed szczytem omyłkowo nie wjechać do wahadłowego tunelu bo najlepsze zostanie nad nami.

Wypadek w drodze na Col du GalibierJadąc na Col du Galibier dogoniłem jadącą na sygnałach karetkę. O dziwo miała holenderskie numery… Domyśliłem się że najprawdopodobniej zabezpiecza dzisiejszą imprezę kolarską. Po kilku zakrętach stało się jasne co było powodem pośpiechu. Jeden z rowerzystów uległ dość ciężkiemu wypadkowi na zjeździe. Wspólnie we trzech z ratownikami udzieliliśmy pomocy poszkodowanemu, przydał się mój kołnierz i opatrunki. Zabezpieczonego rowerzystę przekazaliśmy francuskim ratownikom, którzy dotarli na miejsce kilka minut po nas. A jednak warto było ciągnąć całą ratowniczą graciarnię na drugi koniec Europy. Swoją drogą dla przyzwyczajonego do praktyk PRM-u zaskoczeniem było jak chętnie ci ratownicy współpracowali z osobą spoza zespołu. Aż miło…

Za Col du Galibier skierowałem się na Briancon jadąc mało ciekawą i ruchliwą drogą. Za tym miastem zdobywam kolejną wartą uwagi przełęcz – Col du Izorad. Można zaobserwować już zmiany w roślinności jaka otacza podjazd. Wyraźnie można już wyczuć południowy klimat połączony z wilgocią i chłodniejszymi nocami. Wszystko aż kipi od życia i roślinności.

Gdzieś we Francji...No i od tego momentu następuje znacząca zmiana tego jak odbieram mijane góry. Przyzwyczajony do powielanego schematu: pozawijany ostry podjazd – goła przełęcz – pozawijany zjazd, teraz zaczynam doświadczać zupełnie innego układu.  Alpy Francuskie są bowiem zupełnie inne…  Od zjechania z przełęczy Col du Izorad jedzie się wiele kilometrów kanionem, po drodze niepokojąco wijącej się nad przepaścią. Zupełnie jak na pierwszych grach komputerowych – prosta ściana nad głową, płaska półka asfaltu i prosta ściana pod nogami. Do tego jeszcze setki zawijek, nawisów, małych tuneli. Obłęd! I tak właśnie wyglądają Alpy nadmorskie. Długie i kręte, często bardzo głębokie kaniony które biegną od szczytów ku morzu. Tak jadę niemal do samej miejscowości Vars za którą pokonuje kolejna przełęcz Col de Vars o wysokości 2109 m npm.

Ponieważ trudno było mi znaleźć w tej okolicy nocleg w rozsądnej cenie odskakuje na noc za granice włoską aby tam przenocować. Kosztuje mnie to jeszcze jedną wspinaczkę na kolejną przełęcz Col de Larche. Ciekawostką jest elektroniczny system monitorujący aktywność lawin kamiennych i zamykający drogę na czas ich zejścia. Tym razem nie zeszła…

Samego hotelu trochę szukałem… Był w mieścinie gdzie ulice są zamykane na noc i jest ich całych trzy. Do tego żadna nie jest płaska tylko pną się jak jakieś kozice. Manewrowanie moim cielakiem i buczenie pod oknami nie było najlepszym pomysłem więc najpierw zrobiłem piesze rozpoznanie – 50 metrów w każdą ze stron :-)
Hotel był, właścicielka czekała cierpliwie. Trochę trudno było znaleźć położenie w którym mogłem zaparkować motka. Pochyłość każdego chodnika w tym miasteczku była tak duża że bałem się iż nie ustoi ani na biegu ani na kosie. W końcu znalazłem położenie w którym był stabilny a rano obędzie się bez holownika.

Sam domek okazał się wewnątrz niesamowicie komfortowy. Z zewnątrz wyglądał jak sklejony z kilku domów, kilku stylów i wielu nieprostopadłych powietrzni. W środku jednak wszystko w najwyższym standardzie. Pomimo ze było tylko jedno piętro do dyspozycji gości była nawet hydrauliczna winda. Ot Europa…

Padłem niemal natychmiast…

 

 

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>