Dzień pierwszy – Dziennik Podróży: Alpy 2016.

IMG_5649

Oto jestem na miejscu…

Po zupełnie zwariowanej i zaskakującej nowościami wiośnie, po zdanych egzaminach dzieci, po rozstaniu z pracą i ostatnim miesiącu orki na dwa wykluczające się etaty -stoję i wsłuchuję się w szum alpejskiego potoku. Nierealne a rzeczywiste…

Zapada zmierzch pierwszego dnia moich prywatnych wakacji. Wokół rozchodzą się spokojne dźwięki lasu, co jakiś czas auto przetoczy się opustoszałą o tej porze drogą. Drogą nie byle jaką bo prowadzącą do jednej z najbardziej znanych alpejskich tras turystycznych: Grossglockner Hochalpenstrasse.
Dziś atrakcja ta jest już zamknięta na noc, niemniej jutro od niej planuję zacząć kolejny dzień…

Towarzyszy mi dziwne uczucie – zbudziłem się dziś rano niewyspany we własnym łóżku, ponad tysiąc kilometrów stąd. Dzień się jeszcze nie skończył a rozglądam się stojąc niemal w sercu austriackich alp. Jakoś świat strasznie się skurczył…

Dzisiejsza trasa nie należała do najciekawszych. Odnowioną „Gierkówką”, przez zakorkowaną Częstochowę, doleciałem do autostrady A1 na Brno. W Czechach przecinałem deszczowy front atmosferyczny, którego bliźniaka spotkałem po południu za granicą Austrii. Do Wiednia nie dojechałem, wcześniej odbiłem na Salzburg. A taka autostradowa jazda nie porywa… Silnik jednostajnie mruczy, kilometry lecą i nuda muli jak sen. To taka danina płacona za bardzo szybki dojazd do zaśnieżonych alpejskich szczytów. Przyznam się, że dziś po raz pierwszy, jadąc motocyklem, sięgnąłem po audiobooka. Nawet nieźle wyszło… Dzięki kolejnej, czwartej już dawce przygód komisarza Forsta, nie zanudziłem się na kolejnych odcinkach autostrady.

Gdy dotarłem w okolice Salzburga w kasku zapadła obowiązkowa cisza a oczom ukazały się pierwsze poważniejsze góry. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i autostradę zastąpiła atrakcyjnie wijąca się droga. Przede mną wyłoniła się dolina prowadząca w kierunku Wielkiego Dzwonnika, a w jej głębi, u podnóża stoków, miejscowość Fusch, ostatnia większa osada przed startem na alpejską trasę. Na liczniku 1070 km, minęła już 19, najwyższa pora na odpoczynek…

Wiele razy obiecywałem sobie tak zaplanować podróż w Alpy, aby wypróbować hotel Imbachhorn prowadzony przez Elę i Sławka Kotowskich w Fusch. Udało się, choć nie miałem odwagi wcześniej rezerwować pokoju – te 1000 km do przejechania budziło respekt. Hotel okazał się niemal pusty o tej porze roku, jeszcze przed wakacyjnym szczytem, z pokojem nie było więc problemu. Po rozpakowaniu gratów zajrzałem do baru. Dzięki otwartości i przyjazności właścicieli, poczułem się jakbym był tu po wielokrotnie. Wieczorne rozmowy przy herbacie przeciągnęły się do zmroku i oto teraz stoję wsłuchując się w gęstniejący wieczór…

Długi dzień, pełen wyczekiwania dobiegł do swego kresu. Mam taką refleksję: samotne podróżowanie motocyklem ma ogromną i niedocenioną zaletę… napotykani ludzie są niezwykle chętni do rozmowy, czasem nawet sami zaczepiają, pytają o motocykl, o trasę, o cel podróży. Wystarczy zatrzymać się na chwilę i dać sobie czas…

 

Tagi: , , , , ,

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>