Tak jak pierwszy dzień upłynął pod hasłem „dolot”, tak bohaterem wczorajszego dnia było słówko „rozruch”.

Obolałą motocyklistką będąc, ja i MM oraz M, z ulgą przyjęłyśmy plan dnia polegający na spokojnej jeździe, krótkim planie trasy oraz kilkoma ciekawymi punktami do zwiedzania po drodze.

W istocie Puchberg, gdzie nocowaliśmy pierwszej nocy, to idealne miejsce żeby rozpocząć zapoznawanie się z Alpami, bez hardkorów, z pięknymi widokami, szerokimi drogami, urokliwymi wioseczkami i miasteczkami po drodze.

Z Puchberg zatem, po obowiązkowym krótkim spacerku do kolejki górskiej

Kolejka w Puchberg

Kolejka w Puchberg

- zatem z Puchberg droga nas wiodła raczej z dala od przelotówek i tras szybkich.

Pierwszym przystankiem było Mariazell. Jeśli myślicie, że w Europie hasło „sanktuarium Maryjne” kojarzy się min z Częstochową, to jesteście w błędzie. Kojarzy się głównie z Mariazell (no prawie głównie).

Korzystając z faktu że motonici nie płacą za postój, wjechaliśmy tabunem motocykli pod samą bazylikę, okazałą w stylu rokokoko, gdzie postawiliśmy maszyny obok innych motocykli. W samej sanktuarium samo miejsce owej groty, gdzie wg legendy Maryja uratowała mnicha przed bandą zbójów, jest dość rozbudowane i umiejscowione na środku nawy głównej, jakby kapliczka w kościele.

Dziwne wrażenie to robi, bo przesłania dokumentnie ołtarz z Tabernakulum, jakby nie ono było tam najważniejsze. Jednak w porównaniu z Częstochową – spodziewałam się takiej samej ilości podarunków, wot, rozwieszonych wokół kościoła, tymczasem tu nic takiego nie było.

Dalej droga wiodła nas przez parki narodowe – Wilde Alpen i Gesause, urokliwe i śliczne. Trasa się pięknie wije, kilka małych przełęczy na których można poćwiczyć zawracanie z bagażem. Otóż jest to problem, dlatego ta trasa jest rewelacyjna na rozruch.

Dalsza część podróży będzie nas prowadziła przez coraz wyższe i trudniejsze przełęcze, dlatego dobrze jest móc sobie poćwiczyć na spokojnie jak to właściwie jest z tym zawracaniem i czemu mi nie wychodzi a powinno, przy kolejnej podróży w Alpy.

Przygodą dzisiejszego dnia była urokliwa dróżka przez górę do Halstatt, która w zeszłym roku była zamknięta z powodu osuniętego zbocza które zabrało część jezdni. W tym roku była przejezdna…. ale dość, hmmm, hardkorowa. Droga została już naprawiona, ale zmieniona została jej trasa – nowa część wiodła stromo pod górę i zaraz potem stromo w dół. No ok, niby nic szczególnego, gdyby nie fakt że to nie była skończona droga… żwir luźny na podłożu, jeszcze nieskończona budowa. Powiem krótko: dało się przejechać. Duszę musiałam powiesić na ramieniu bo chciała uciekać, i starać się nalitośćboskąnieużywaćprzedniegohamulca, ale Anioł Stróż poprowadził i udało się :-)

Kolejnym punktem miało być Halstatt, miasteczko znane na całą Europę z jednej z największych kopalni soli. Zwiedzanie tej kopalni też było punktem programu, ale powiem szczerze – zmęczenie z poprzedniego dnia dawało o sobie znać, i tak niektórym – mnie na przykład – dopiekło, że postoje robiły się coraz częstsze, dłuższe, aż w końcu jak dojechaliśmy do Halstatt to było za późno na zwiedzanie.

Wobec czego urządziliśmy sobie popas z pływaniem po przecudnej urody jeziorze:

HalstaetterSee

HalstaetterSee

 

HalstaetterSee

HalstaetterSee

Dzisiaj w planie trasy już iście alpejskie: Grossglockner, a potem się zobaczy ile pary będziemy mieli, bo droga wiedzie dalej i dalej….

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>