No nie tego się spodziewałam, wracając po dwóch latach na jedną z najpiękniejszych dróg Europy i W ogóle.

Nieeeee:

Eeee tam...

Eeee tam…

Nie tego, że stanę na dwudziestej którejś zawrotce naprzeciwko autobusu zjeżdżającego z dołu – a ja pod górę chyba k***a nie ruszę, nie ruszę k***a bo przewrócę Szarlotę, Dżizas co za wstyd no żesz ile Was tam jest z góry i z dołu, jedźcie w cholerę i dajcie mi spokojnie zrobić tę 27 zawrotkę pod górę z 46 jakie ma ta ch**na przełęcz, najpiękniejsza, jako się rzekło, przełęcz Alp Włoskich i nie tylko.

Dla przypomnienia tu i tu obie notki, moje i Pana Kikima, sprzed dwóch lat, przypominające co to za przełęcz i dlaczego warto na nią wjeżdżać od północnej strony, a zjeżdżać w stronę Bormio. I dlaczego w ogóle warto.

Dzień 3 , jak widać z tego, upłynął bardzo pracowicie.

Otóż zaczęło się od tego, że usiedliśmy wszyscy nad mapą i stwierdziliśmy, że więcej niż te 300 km dziennie po zawrotkach robić nie damy rady – zmęczenie dopada co słabszych uczestników wycieczki, w tym mnie nie chwaląc się wcale ale dopadało bardzo.

Okroiliśmy dalszy plan i zostawiliśmy na następny dzień z dużych wydarzeń tylko jedną przełęcz. Oczywiście, z naszego pobytu z Mauniz trzeba było się tam dostać, a jakże, przez inną przełęcz – Passo Giovo czyli JaufenPass, ale przy Królowej Przełęczy, mili Państwo, to nie ma ona szans. Jest Ładna. O niej też napiszę, ale jest po prostu Ładna.

Podczas gdy Stiflersjoch, Passo Stelvio, jest piękna, przerażająca, porażająca, cudowna, potworna, męcząca, trudna, piekielnie trudna, długa, wysoka, …..

Zdjęcia z podjazdu i samej przełęczy już były. Ograniczę się tylko do tego, że przełęcz ta uczy pokory motocyklistów.

Do jedynego sukcesu w tym roku mogę zaliczyć fakt, iż wjechałam na nią bez zatrzymywania, pomijając niechlubny epizod z wyjechaniem naprzeciwko autbusowi na jego pas ruchu przy zawrotce. Dwa lata temu był to wjazd tak męczący dla mnie, tak obciążający psychicznie, że gdzieś przy 20tej zawrotce zrobiłam sobie tak z 30 minut postoju na picie i przeklinanie po co jechałam w górę beze umiejętności skręcania.

Na Stelvio nie jedziesz, motocyklisto, jak nie umiesz zawracać w miejscu. Nie jedziesz, jeśli nie panujesz nad motocyklem. Bo nie będziesz mieć z tego frajdy, nie będziesz się bawić wspinaniem się na tę rzeczywiście przepiękną przełęcz.

Nie jedziesz, jeśli brakuje Ci sił, i jeśli się czujesz trochę słabo. Właśnie wtedy, kiedy przy 15 zawrotce zaczynasz czuć że czujesz blusa, już wiesz jak to działa, to zawrotki robią się węższe. Chwilę później, tak powyżej linii drzew, znika barierka i robią się też coraz częstsze. Jedyny plus tego jest taki że przynajmniej widzisz, czy z góry coś się stacza prosto na Ciebie – a samochody tam też zarzucają w zawrotce jak autobusy, niejeden będzie próbował wyjechać z zapasem – skręcając w lewo w dół natknie się na Ciebie, który/a nie podjeżdżasz swoim pasem tylko lewym, dla niby to większej manewrowości.

Nie masz większej manewrowości startując z lewej strony jezdni, skręcając pod górkę w prawo. Teoretycznie masz szansę zmieścić się w tej zawrotce, ale jak z przeciwka z góry jedzie autobus, to – dziewczyno/kobieto/człowieku – leżysz niemal, i dziękujesz Niebiosom że motocykla nie przewróciłaś. I czekasz aż ten autobus Cię minie. Z Twojej prawej strony, bo Ty właśnie stoisz nie po swojej prawej stronie jezdni, tylko zjechałaś na to lewo, blisko tej barierki za którą jest przepiękny widok w bok i jeszcze straszniejszy w dół.

A potem jak autobus już przejedzie, dogoni Cię już Pan Kikim i psychicznie przez interkom pomoże, spojrzysz w górę i zobaczysz, że to co przejechałaś to był pikuś. To jeszcze nie jest połowa.

Właśnie wtedy widzisz ten widok, dla którego droga na przełęcz jest uznana za jedną z najpiękniejszych: wspinające się na górę serpentyny, dziesiątki serpentyn.

Epilog: nie tylko wjechałam, ale i zjechałam.

Rozczarowanie swoją kondycją minęło, bo dziś nie jest 3, 4, ani nawet 5 dzień wycieczki, a od tamtej pory kiedy to Stelvio swoim jestestwem pokonało mnie psychicznie, upłynęło już prawie 1000 km po serpentynach. Spędziłam je pracowicie, i na razie powiem tyle: umiem już skręcać. I zawracać, i to samo także jadąc do dołu.

Bo nie tylko Stelvio jest w Alpach, nie od Stelvio trzeba zaczynać przygodę z zawrotkami i górami. Na tę przełęcz trzeba pojechać już przygotowanym, a do ćwiczeń przygotowujących do Alpejskich zawrotek nadają się trasy zupełnie inne. I o tych trasach też będzie już za chwilę….

 

Tagi: , ,

Odpowiedzi: 2 do wpisu “Dzień 3: horror, czyli powrót na Stelvio”

  1. Evik pisze:

    oo jakbym o sobie czytała.
    Wszystko pięknie dopóki nie zaczynają się ostre zakręty, zawrotki itp.
    Stres mnie pokonuje przed w trakcie a nawet po zakręcie

    • Sharlota pisze:

      Tak, to prawda. A szkoda, bo zakręty i ich pokonowyanie to naprawdę dzika frajda. Nie musi być szybko, ważne że sprawnie i bez stresu. Wtedy jest nawet czas na rozejrzenie się po widoczkach. Warto to ćwiczyć, tylko trzeba wyjechać. W Polsce nie ma warunków, kilka zakrętów na drodze 100 zakrętów to mało, asfalt kiepski, no i po prostu – za mało.

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>