Alpy 2014, Proszę Państwa, dzień 4:

Timmelsjoch widok na stronę włoską

Timmelsjoch widok na stronę włoską

pożegnanie z częścią naszej ekipy, która wraca do Polski, i ostatni odcinek razem: Pfunds – Timmelsjoch.

O Timmelsjoch było już tu oraz tu, bo to moja ukochana przełęcz.

Z kilku powodów, min z tego że od północy prowadzi doń przeurokliwa Oetztal, a od połudna piękny podjazd od St. Leonard in Passeiertal z Passeiertal (nazwy celowo po niemiecku, bo ten obszar Włoch jest regionem autonomicznym Tyrolu Południowego, czyli jest to Tyrol i kropka.).

Przełęcz jest wysoko, na 2509 metrach. Jest to droga płatna, co przyjmuję każdorazowo i płacę, bo przyjeżdżam tylko i wyłącznie w celach rekreacyjnych. Doceniam dobrą nawierzchnię, szeroko poprowadzone zawrotki, dość suche :-) tunele po stronie włoskiej, oraz kilka przystanków muzealnych w pięknych.

Jest też piękna z różnorodności. Po obu stronach przełęczy panuje zupełnie inny klimat, widać to od razu po jej przejechaniu.

Przełęcz ta leży w centralnym masywie Alp, dzielącym but Włoski od reszty Europy. Od strony południa pas drzew zaczyna się dużo wcześniej, klimat jest gorętszy, na stokach w Passeiertal są winnice i sady jabłoni (podlewanych, gdyż opady w tej dolinie to raptem 400 mm na rok), które też ciągną się przez cały region Vinschgau, do którego dołącza ta dolina na wysokości Meran. Od strony południowej – Oetztal – już chłodniej, już nie ma winnic, ba, jabłonie też niekoniecznie się udają:

Oetztal

Oetztal

Już od dnia 2, kiedy zjeżdżaliśmy z Bikers’ Nest i Wielkiego Dzwonnika, pisałam że coś mi to zjeżdżanie nie tegesi… Z racji na to, że jest to – było, nie było – wyprawa, choć krótka, to jednak jej istotą jest jazda motocyklem. Przez góry, bo takie było założenie. Nie mogłam się wycofać, ba, nie chciałam się wycofać. Od dnia drugiego zaczęłam zatem systematycznie pracować nad techniką jazdy w czasie zjeżdżania, a zwłaszcza w czasie zawracania przy zjeżdżaniu.

Dla tych, co nie jeżdżą: zawrotki mają to do siebie, że są na zboczu góry. Po to są, żeby trawersować drogę na szczyt/przełęcz. Zatem podjeżdżając/zjeżdżając z przełęczy, napotykasz na minimum kilka takich zawrotek (w przypadku Stelvio i kilku innych, Timmesjoch również, jest to kilkadziesiąt), i te zawrotki mają przechył. Wiem że piszę o oczywistościach, ale dla mnie zjazd z jednoczesnym pochylaniem maszynki i patrzeniem w dół („A, ja w dół zjeeeeżdżaaam”) było – co tu kryć – trudne. Dopiero z pomocą Pana Kikima doszłam, dlaczego.

W grę wchodzą, jak niemal zawsze – złe nawyki. W tym wypadku były to złe nawyki z jazdy rowerem górskim po górach, skądinąd dobre dla roweru górskiego, i ratujace mnie nieraz przed opresją. W przypadku Szarloty – zgubne. Jadąc w dół, odruchowo usztywniałam ręce, przesuwałam się na tył siedzenia, słowem – tak się spinałam, że o pochylaniu czegokolwiek w zakręcie w dół mowy być nie mogło. Efekt – redukcja prędkości do niemal zera, przetaczanie się po zawrotce, i maksymalne wkurzenie tych z tyłu, którzy akurat wyprzedzić nie mogli. Dotyczy to też – o ironio losu – aut.

I to znowu z pomocą przyszły interkomy, jak również niezrównany i niedoceniony talent Pana Kikima do uczenia ludzi. Pomału, pomału, różnymi metodami, pomagał mi jadąc z tyłu (i rezygnując z przyjemności zjeżdżania – nasza grupa na przełęcze wjeżdżała i zjeżdżała osobno, każdy swoim tempem), i doprowadzał do tego że przed każdym zakrętem w dół starałam się maksymalnie rozluźnić barki, ręce i puścić w końcu hamulce.

Metody były przeróżne: „Teraz puść lewą rękę… ok, teraz prawą, prawą, uwierz mi, motocykl sam pojedzie, z górki masz łatwiej bo hamuje silnikiem, nie musisz trzymać manetki…. i co, widzisz, toczy się? To w zakręcie będzie tak samo. W zakręcie teraz…. dohamuj….. puść hamulec, puść lewą rękę – na bok, niepotrzebna Ci” „!!! piszczę w przestraszeniu”, „nic Ci nie będzie, puszczaj”, „ok, pochylasz Szarlotę, prawa ręka prosta, przeciwskręt i maksymalnie ciało po przeciwnej stronie niż pochylony motocykl”. „I co?” „Udało się!!!”

I pozostało tylko ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć do upadłego, żeby z tej wiedzy teoretycznej zrobił się odruch.

Co nastąpiło, i się udało, w części dalszej wyprawy. Ale juz przy zjeździe ze Stelvio do Bormio zaczęłam mieć frajdę ze zjeżdżania, przy zjeździe z Timmelsjoch coraz lepiej, choć wciąż spinka, i dalej w Dolomitach… było już ok.

Dzień skończyliśmy JauferPass po raz drugi (zjazd – pikuś, ha!), i eksploracją Sarntal, przepiękną doliną w Tyrolu Połudnowym, kilkanaście kilometrów przed Bozen/Bolzano, i znakomitą bazą wypadową … w Dolomity właśnie.

Bowiem tak, zmieniliśmy trasę wyprawy. Postanowiliśmy dłużej zostać na miejscu, ale w miejscu nowym, jeszcze nie eksplorowanym przez nas – Dolomitach.

I warto było, o czym niebawem.

Tagi: , ,

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>