Dlatego dzisiaj skorzystam z okazji że jest, choć zrywa się co i rusz, i pokażę Wam bardzo ciekawą i śliczną przełęcz niedaleko Grossglocknerstrasse. Zanim jednak – proszę, oto najwyższy wodospad w Europie, też niedaleko bo gdzieś w Erlsbach, generalnie w dolinie Defferregen w którą skręciliśmy z Heiligenblut po wizycie u Wielkiego Dzwonnika:

wodospad1

A teraz co do przełęczy: jest to przełęcz Staller, po włosku Passo Stalle, po niemiecku Stallersattel, na wysokości 2052 m npm.

Ciekawostką jest fakt, że od strony zachodniej droga do niej wiodąca jest tak wąska, że wjazd jest regulowany światłami: przez kwadrans w danej godzinie jest ruch puszczony z gó

ry na dół, potem pół godziny przerwy i znowu przez kwadrans ruch z kolei puszczony z dołu na górę na przełęcz. Przełęcz jest jednocześnie granicą austriacko-włoską.

zakaz_ruchu

Rok temu udało mi się ją zrobić „pod górkę”, czyli wjeżdżać od strony zachodniej.

W tym roku skręciliśmy na drogę do tej przełęczy po przejechaniu Grossglocknerstrasse, czyli od strony wschodniej, dlatego tym razem przypadł mi w udziale zjazd z niej.

Po drodze z Heiligenblut trzeba przejechać przełęcz Iselsberg i w Lienz skręcić na rondzie na kierunek Felbertauern, który w końcu zaprowadzi na trasę Parku Narodowego Felbertauern. Z tej trasy trzebw w Huben skręcić na St Jakob in Defereggen w Defereggental. Sam podjazd od tej strony jest prosty, aż za prosty. Krajobraz alpejski, pusto, rzeczułka tylko, kamienie i licha trawa aż na przełęcz.

swiatla2

swiatla3

Za to potem, przy zjeździe… mniudmalina, pięknie. Po paru ostrych winklach wpadamy w drzewa, las, pachnący i piękny. Ptaki świergolą, nikt nas nie goni, tylko nasze motocykle rzężące na jedynce… to znaczy, tylko mój motocykl. Bo okazuje się że nie umiem zjeżdżać. Już przy Wielkim Dzwonniku widziałam że coś jest nie halo, coś jest nie tak, bo tak jak umiem już się pochylać w zakręcie pod górkę, tak z górki sztywnieję, trzymam mocno kierownicę i ni ma, że skręcę. Stres ogromny.

Już widzę, czego się muszę nauczyć, i to szybko :-).

Sam zjazd – lub podjazd – jest w istocie prosty – masz pewność, że nikt z przeciwka Ci nie wyjedzie na tej wąziutkiej dróżce. Asfalt cudownie trzyma, można gnać w dół ile motocykl i umiejętności pozwolą.

Zazwyczaj na zielone światło czeka już sznureczek aut, jeśli są rozsądne to zostawiły miejsce na motocykle z przodu. Auta na zjeździe i podjeździe nawet z takim lamerem jak ja nie mają szans.

Jest bowiem też trochę stromo.

Zatem, jeśli jest dużo zgrzanych motonitów na tych światłach, należy ich puścić przodem, naprawdę szybko znikną z drogi a przynajmniej nie będziecie czuli ich spalin na plecach jeśli tego nie zrobicie. Za to bezwzględnie pchać się przed samochody, bo z kolei te to każdy zakręt na 5km/h robią.

Na dole – urokliwa dolina, jezioro Antholzer, i późna godzina, zaczynamy szukać hotelu, który znajdujemy 40 km dalej, w Mauniz.

Ostra jazda po ciemku, i na sam koniec najbardziej strome podjazdy tego dnia – w małej wsi, uśpionej brakiem narciarzy w lecie, nikt się nie przejmuje odpowiednim nachyleniem stoku.

Hotel Kristall przyjmuje nas około 22, sutą kolacją, ciepłym piciem i przemiłą Słowaczką dzięki której możemy przenocować bez uprzedniej rezerwacji, na wariata. Wszystko nam organizuje, motocykle pomaga wstawić do garażu, ustala dobrą cenę no i ten obiad na kolację…. jemy i tak, zmęczeni po całym dniu. Była pyszna.

swiatla1

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>