Nie spodziewałam się że kiedykolwiek  napiszę tu taką historię… Nie wiem, jak się skończyła, ale zdążyłyśmy. Chyba nikt nie zakłada że w jego życiu stanie się coś złego. Błąd.

Jedziemy z Agą autem, ona prowadzi, ja na miejscu pasażera, słońce zachodzi, ładne to słońce choć zimno jeszcze. Omawiamy szkolenie, zmęczenie wyziera z rąk, nóg, kręgosłupa, odpocząć…..

Uwagę naszą przykuwa grupka gapiów na poboczu przy lesie  i panicznie machająca rękami w naszym kierunku kobieta. Patrzymy po sobie – ki czort? Przystajemy, Aga szybka w dół: Co się stało? Odpowiedź nas mrozi.

- Bo ta pani tak dziwnie jechała i wjechała w drzewo do rowu, nie rusza się, płacze, tam dziecko jest!!!  Jacyś ludzie wokół, ale wszyscy potwierdzają bądź mruczą taktak, wjechała w drzewo, coś tam się stało.

ŁUP! krew uderza do głowy. Dopiero teraz widzę auto w drzewie, duże mondeo takie jak kiedyś sama miałam. Co robić? Co robić? Kamizelka? gdzie kamizelka? Ciemno się robi. Gdzie mamy apteczkę? Aga – wiesz gdzie mamy apteczkę? Dawaj! Zastawiaj to mondeo żeby nikt nie wjechał. Kamizelka na plecy i wysiadamy.

Szczęśliwie samochód nie zajmuje jezdni, podbiegamy obie do auta, pytamy gapiów kto był na miejscu wypadku? Kto widział co się stało? Czy uderzyła w kogoś?

Odpowiedzi… nie takie na jakie liczę. Jakieś powolne, jakieś niemrawe…. no ludzie kochani, kiedy to się stało? Jak długo tak tu stoi? Nie wiadomo. Już wiem że jesteśmy na miejscu tylko ja i Aga, bo Ci ludzie jacyś dziwni są. Abstrakcja jakaś. Może się nic nie stało?

Tymczasem do auta nie mogę się dostać, miejsce od strony kierowcy zablokowane, poduszka wystrzeliła, jakoś dostaję się – półotwarte drzwi i opuszczam szybę jednocześnie sięgając wgłąb i wyszarpując kluczyki ze stacyjki. Takie same jak miałam, głupia myśl, stacyjka się blokuje, trzeba przekręcić o tak, i teraz wyjdzie. Tak spokojnie sobie myślę, no nie, bo w głębi po drugiej stronie od tyłu już do auta dostała się Aga i woła tu jest dziecko w foteliku!!! Nieprzytomne! a tuż pod moim łokciem mam matkę tegoż dziecka zawodzącą w kółko gdzie moje dziecko? booooooliiiiii.  Znajomość działania stacyjki mondeo uspokaja, przynajmniej na tym się znam. Bo na tym co przede mną – już nie.

Właśnie. Pomału. Spokojnie. Uspokajam oddech. Co robić teraz? Aga krzyczy Nie oddycha! wyciągam z auta! znaczy się dziecko wyciąga, a nagle sobie uświadamiam że ta kobieta jęcząca tego słucha i to niedobrze. Liczę do pięciu, uspokajam się, aleeee…..  Nie pomagają gapie. W tle słyszę „o boże, ona nie żyje, taka dziewczynka, nie żyje” „Co pani robi!!! dzieckiem się zająć! pani zostawi matkę, czekać na pogotowie!” Wychylam się z kabiny i wodzę wzrokiem – choć jedna osoba do pomocy! Aga krzyczy po drugiej stronie że reanimuje małą, potrzebuje pomocy bo zapomniała rękawiczek. Zgroza – ja też zapomniałam, a kobieta we krwi, jęczy i zawodzi mi tu, niestabilnie siedzi, leci do przodu na zapiętych pasach, Ci gapie komentują i gadają, proszę, proszę, choć jedna osoba, niech ktoś złapie ze mną kontakt wzrokowy!

Jest – jakiś gość – przywołuję go i proszę żeby zadzwonił po pogotowie, dyktuję mu wręcz a ten mi gada – ale ja nie mam telefonu! Pani, ja nie umiem z tego dzwonić – stwierdza i umywa ręce na widok mojego dotykowego fona. I umywa ręce. UMYWA RĘCE. No zgroza. Aga coś krzyczy, nie słyszę bo Ci gapie nadają, sama wykręcam 9-9-9- dzwonię: Wypadek samochodowy, dwie osoby poszkodowane, matka i małe dziecko, dziecko nie oddycha, matka półprzytomna ale nie wiem co dalej. Aga!! gdzie jesteśmy? Gdzie to jest? Aha – jesteśmy tu i tu,  dziecko nie oddycha, krew na ustach!!! Jedną ręką telefon, drugą ręką przytrzymuję kobietę, czuję że chaos się wkrada w tę i tak chaotyczną sytuację, po telefonie zajmuję się więc matką. Łapiemy kontakt, przypominam sobie swoje doświadczenia – jak to niedawno było – i mówię patrząc jej w oczy, trzymam za ramiona:

Słyszysz mnie? Jak się nazywasz? Gdzie jechałaś? Jestem A., pomożemy Ci. Tak, spokojnie, Twoim dzieckiem zajmuje się teraz ktoś inny, jest bezpieczna (a wiem że tak nie jest – nie oddycha na litość, nie oddycha ta mała! co Aga teraz robi??)

- Słuchaj uważnie (widzę i patrzę i coś czuję że zaraz stracę z nią kontakt, muszę zdobyć informacje) słyszysz? kiwnięcie głową, więc dalej pytam: czy bierzesz leki? czy jesteś uczulona? (o co jeszcze, o co jeszcze pytać, mało czasu, acha:) czy był ktoś jeszcze w aucie? Ile Was jechało? Tylko Ty i córka? Jak ma na imię? Czy w kogoś uderzyłaś? Co pamiętasz?

I na koniec znane mi tyle że od strony rannego:

Wszystko będzie dobrze, karetka już jedzie. Zbadam Cię teraz żeby ocenić co się dzieje, uwaga, będę dotykać (identycznie jak „mój” ratownik sprzed pół roku).

Nie jest dobrze. Głowa cała, ale przy dotyku klatki piersiowej zawodzi mi kobita że boli. Ręka lewa pod rękawem dziwnie luźna, przez ubranie przesiąka krew, ale nie jest jej dużo, raczej po prostu otwarte złamanie a nie krwotok. Wyszarpuję gazę z apteczki i jakotako przyciskam przez ubranie do rany, kobieta krzyczy z bólu i już czuję że tak, otwarte złamanie, szlag. Dalej badanie – noga lewa – tak samo, złamana w łydce, tyle że krwi przez dżinsy nie widać, zostawiam. Ufff co dalej? Kołnierz! Biegnę po kołnierz, Aga zawsze wozi takie wynalazki, lekarz ma zawsze fioła na tym punkcie…  ale nie udaje mi się go założyć, brak czasu.

Rozglądam się wokół, kupa ludzi, ale jakoś nikt komu mogę zaufać. Muszę ją zostawić samą, jest póki co przytomna, a Aga woła z drugiej strony auta że są problemy. Czuję się źle, jest mi niedobrze, jesteśmy tu we dwie, wokół tłum ludzi ale jakby ich nie było, nikogo do kruczej nędzy nie obchodzi co się tu dzieje? Nie damy rady same!!! Już wiem, już wiem co mam robić, już wszystko wróciło do mnie z kursu ale co z tego, jak wiem że w każdej chwili systuacja może się pogorszyć – a ćwiczenia robi się na jednym fantomie, hehehe, nie ma to jak życie, boszszsz,  no za dużo, za dużo tego, emocje tej kobiety się udzielają i mnie, doskonale ją rozumiem, sam fakt widoku tej małej główki z krwią na ustach powoduje paraliż we mnie, oczami wyobraźni widzę Małego  - dziewczynka jest mniej więcej w jego wieku. I ta uparta myśl, niechwalebna, o nie: dlaczego ja, tyle ludzi wokół, nikt palcem nie kiwnie, dlaczego ja, dlaczego my, dlaczego się zatrzymałyśmy…dlaczego nikt nie pomoże mimo moich i Agi próśb stanowczych…

Jest! Jest jeden facet który wsiada sam od strony pasażera, przysuwa się do matki i zaczyna coś do niej spokojnie mówić, gestem pokazuje mi żebym dawała kołnierz. Wchodzę do auta za kierowcą, stabilizuje kobiecie głowę i mówię gościowi jak założyć ma ten kołnierz. Na raz – dwa – trzy zamieniamy się i teraz ja przypinam kołnierz a on trzyma głowę. Dżizas, jak dobrze że jest ktoś jeszcze, i ten chce pomóc, widać po tym jak gada do tej kobiety i słucha. Teraz mogę ją zostawić, upewniam się że gość z nią zostanie i jej samej nie zostawi. Biegnę do Agi i dopiero wtedy możemy po raz pierwszy od zatrzymania auta ustalić plan co dalej. Mówię jej co z matką i że dzwoniłam po karetkę, będą za 8 minut (ufff, niech już szybko przyjeżdża), ona mówi mi co z małą, potrzebuje zmiany w reanimacj bo już jakiś czas robi uciski. Szczęśliwie miała apteczkę, mamy więc maseczkę przez którą mogę robić wdechy. Raz, drugi, trzeci cykl, przychodzi nam do głowy myśl a może by zbadać małą? i tu szok: dziecko ma przebite płuco, rana otwarta, wszystko świszczy, ranyboskie co teraz? Reanimować? Nie reanimować? na pewno tamować, Aga wyszarpuje kolejny gazik, bandaż, cokolwiek opatrunkowego z apteczki i przyciska do rany, uciskamy dalej.

I w tej właśnie chwili jakiś kolo spokojniutko z tyłu oświadcza ale ta pani to chyba zemdlała ….

I już widzę że nie damy rady. Matka zemdlała, aha, nie wisz czasem. Podbiegam do niej zostawiając  Agę i okazuje się że tak  - nie oddycha. Te bóle w klatce piersiowej? Krwotok? Łodewa, nie oddycha, muszę wyciągnąć ją z auta, na siedzącej kobiecie nie zrobię masażu serca. Szybko dzwonię na 9-9-9 żeby powiadomić że jadą do dwóch nieoddychających osób – matki i dziecka. Niech wiedzą… Wołam drugą osobę, mówię jej żeby się nie rozłączała z dyspozytorem, żeby relacjonowała co się tu dzieje, tylko tyle od gościa chcę, a przynajmniej pogotowie będzie miało lepszy obraz sytuacji. Ręce mi się trzęsą, zdążyłam już włożyć rękawiczki i znaleźć maseczkę do resuscytacji z mojego własnego breloczka przy kluczykach – myśl zupelnie od czapy: nareszcie, w końcu się przyda ten breloczek.

Nie damy rady – to główna paniczna moja myśl. Aga potrzebuje zmiany, ja potrzebuję wyciągnąć dorosłą osobę przy ograniczonym ruchu drzwi kierowcy, nie mam jak jej chwycić. Realnie – małe szanse gdyby nie ten gość, duży silny mężczyzna, wyciągamy ją wspólnie z auta i kładziemy na ziemi, dalej standard – 2 wdechy na 1o sekund – nie ma – rozpinam sweterek – może ma to samo co dziecko? Nie, nie widzę krwi, zaczynamy masaż serca ze sztucznym oddychaniem. Dobrze że jest jeszcze ktoś, dobrze że jest ten gość, pilnuje jej głowy, za chwilę zamieniamy się miejscami i teraz on uciska klatkę – wie jak, o jak dobrze, wie jak, ktoś tu jeszcze chce pomóc!

Biegnę do Agi, znowu ją zmieniam przy resuscytacji. A w kółko – Polska Tańczy. Komentarze, uwagi. W momencie jak zajęłyśmy się kobietą i dzieckiem wszyscy gapie (z chlubnymi wyjątkami, oprócz gościa przy matce jeszcze jedna osoba dołączyła, fakt że tej Aga łopatologicznie mówi co ma robić, ale przynajmniej nie utrudnia i nie przeszkadza i nie gada głupot) tak więc wszyscy gapie umyli ręce i uznają że się już napracowali, już odpowiedzialność z siebie zdjęli, złość by mnie ogarnęła gdyby nie fakt tej małej którą uciskam i paraliżu emocjonalnego. Łupie mi w skroniach, apteczka już w drzazgi poszła, wszystko wybebeszyłyśmy, rękawiczki – dobrze że Aga miała więcej niż jedną parę bo nie starczyłoby. I teraz robimy te uciski, jak Aga przejmuje uciskanie dziecka to biegnę do matki z powrotem – gość mówi że zaczęła oddychać ale rzęzi dziwnie – wymiotuje? Gość totalnie przejął inicjatywę i teraz to on wydaje polecenia: Trzymaj za nogi, ja stabilizuję głowę, na trzy przewracamy na tamtą stronę (po stronie złamanej ręki). Raz – dwa – trzy – ufff, na boku leży, odginam głowę żeby oddychała, wymiotuje…. ale oddycha, nie dusi się.

No ile to minut? Gdzie jest karetka? Chcę sprawdzić ile czasu od połączenia, wszak zaraz powinni tu być – i w tym momencie odkrywam że nie mam telefonu. No tak, kazałam komuś być online… rozglądam się wokół i ręce mi opadają. Nie ma gościa. Nie ma telefonu.  Pal sześć telefon, ale po co, po co? Hiena jedna…. jak teraz pogotowie będzie chciało się dodzwonić bo nie trafią od razu w to miejsce to do kogo zadzwonią…? Telefon spisuję na straty.

Dziecko nadal nie oddycha, nadal uciskamy, minuty lecą, ręce i morale nam opadają ……

 

Przyjeżdża karetka.

 

Przyjeżdża druga karetka.

 

 

Donośny głos Katarzyny Szynal: Koniec ćwiczenia!

 

To były tylko ćwiczenia. TO BYŁY TYLKO ĆWICZENIA.

Plan i przeprowadzenie szkolenia z Pierwszej Pomocy – Andrzej Bocheński z Ośrodka Szkoleń Ratowniczych EMS.

Instruktorzy: Andrzej Bocheński i Katarzyna Szynal. Ogromne podziękowania Andrzejowi za przeprowadzenie szkolenia, czuwanie nad akcją, wykłady i wiedzę przekazaną, jak również za scenki. Katarzynie – za dynamizm działania, akcję, bezpośredniość i urealnienie scenek, bez tego symulacje byłyby sztampowe…

Andrzej czuwał nad całością tego kursu. To do niego, jak już pisałam, przyszliśmy z prośba o przygotowanie takiego „trudnego” szkolenia z zakresu ratownictwa przedmedycznego w wypadkach drogowych. Dostaliśmy więcej niż sobie wyobrażaliśmy. Andrzej przeprowadził kurs  profesjonalnie – od tematyki wykładu i jego przeprowadzenia, po symulacje w plenerze – przygotowanie i przeprowadzenie. Znać doświadczenie szkoleniowe i, co ważne  – ratownicze.

Emocje: bezcenne.

Wszystko co robiliśmy na symulacjach, było wcześniej omawiane w sali ćwiczeń. A i tak szeregu błędów nie uniknęłam – ja i Aga, i Mateusz, i Olek, i Magda, i Paweł, i Monika, i Dominik, i Robert, i Maciek. To był największy atut tego szkolenia. Emocje spisane w tej notce są subiektywnym opisem tego co czułam w czasie symulacji. Naprawdę, wiedziałyśmy z Agą że to symulacja, a mimo to emocje wzięły górę. Jeden z uczestników innej symulacji miał autentyczne wyrzuty sumienia że „swojej” poszkodowanej lepiej nie zabezpieczył… tak mocno oddziaływało na nas realne otoczenie, wrak samochodu, gapie przeszkadzający, poszkodowani dający z siebie wszystko (Matka Dziecka – Brawo :-), Pan co Potrącił Pieszego – świetna agresywna panika) żeby urealnić zdarzenie.

Zadaniem tej notki jest pokazać jak bardzo nic nie wiesz po krótkich wykładach z pierwszej pomocy, co czujesz jak wszystko wokół się wali i nikt nie chce pomóc.

I dlaczego warto zainwestować trochę czasu w hardkorowe szkolenie Pierwszej Pomocy Przedmedycznej (poza tym że jest kupa śmiechu i niezła zabawa jak adrenalina opadnie po akcji, hehe). Najlepiej u Andrzeja :-)

Ktoś szczelił fotę z resuscytacji dziewczynki. Ostatnia fota z moim telefonem. (a tak naprawdę foto by Mateusz Ślęzak)

 

 

Tagi: , , ,

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>