I co z tego wynikło, czyli jak nie dać się ambicji oraz źle pojętej….. ambicji? (Co, ja nie dosiądę?)

Notka ta była swego czasu publikowana na forum gazeta.pl motocykl i dziewczyna. Zamieszczam ją tu ku budowaniu pokory, szczególnie swej własnej, ale i dla wszystkich początkujących motocyklistek.

Do rzeczy.
Było tak:
Prawko w kieszeni, duma rozpiera, sezon się skończył z zaliczonymi wyprawkami na pożyczonych maszynkach. Przeglądanie internetu, ogłoszeń. Rozmyślanie czego by się chciało od motorka….

Traf chciał że niedaleko nas salon [pewien salon firmowy :-)] . I fajne opisy ich motocykla w pismach wszelakich. Że wszechstronny. Że zwrotny. Że lepszy od Afryki (wybaczcie, ja tylko cytuje niedokładnie!) i innych Transalpów. Że na dziury i krawężniki stoliczne jak znalazł. I duży bak na wyprawy do tego (jeszcze nie wie autorka czy da radę jeździć, ale przecież lepiej mieć niż nie mieć, nie?) I cena przystępna (ha!) – używanych, a sam salon bardzo nalega żeby przed końcem roku kupić, zniżki i terefere oferuje.

A pożyczyć można na weekend. Bez limitu kilometrów. Fajosko! Przyjechał na nim Małż. Zebrałam po znajomych kurtkę, spodnie, buty miałam wysokie niemotocyklowe, kask Jet, no szał mody. Dzieci się przestraszyły, Młody jak w kasku Mamę zobaczył to poszedł chlipać do kąta.

No i siadam, i pierwszy zgrzyt – może i niska nie jestem ale… no wiecie już, prawda? Krótkie nóżki mam. I stoję na palcach. A maszyna cięższa od znanych mi 250tek, środek ciężkości wyższy, wszak zbiornik właśnie duży…
Ale damy radę. Wypycham z garażu, tyłem rzecz jasna, wiecie jak się można odpychać kiedy się stoi na palcach i tyłkiem posuwa? Wiem, techniki nie mam, wiem teraz…

ufff wypchany. Kluczyk przekręcam, przyjemny warkot, dreszczyk po plecach, ach, jedziemy! Małż i Tatałajstwo w aucie zabezpieczają z tyłu.

O matko aż mi wstyd przyznać co było dalej… nienie, pojechałam, przez pierwsze parę kilometrów spoko. Ale każde skrzyżowanie gdzie trzeba stanąć … wiecie. Na palcach. I pilnowanie się żeby na muldzie nie stanąć, bo wtedy nóżkami do ziemi nie dosięgnę i….

gdzieś tak w Magdalence postanowiłam że…. wjadę w las. Nieznającym okolic Warszawy: teren, szuter, błoto, no ziemia po prostu. No fakt że to na czym siedzę to tzw turystyczne enduro…
Już posypałam głowę popiołem, więc piszę już śmiało co było dalej:
Jedziemy. Motocykl świetnie sobie radzi. Rzeczywiście jedzie, nie ślizga się, amorki wybierają nierówności gruntu, super, dokładnie jak pisało w gazecie. No i co, i gdzieś tak po 2 kilometrach błoto takie że zawrócić trzeba bo auto nie przejedzie (no i motor tym bardziej, conie?).
I co shadowgirl robi? zawraca. Na trzy, z wycofywaniem się. W błocie. Na palcach!!!
Nie wiem kiedy nawet znalazłam się na ziemi, a maszynka tylko ostro zawyła aż serce zabolało i zgasła. Gdzieś tam zaczęła się przechylać, i primo: brak oparcia (wszak na palcach), secundo: brak doświadczenia (taaaaaaki ciężki jest ten motor? na kursie dałabym radę! idiotko, na kursie masz maszynę o 100 kg lżejszą!) no i jak zaczęła się przechylać to nie dałam rady. Zwyczajnie nabrała rozpędu w przechylaniu i pac! w błoto. I nic nie mogłam zrobić. Bezsilność, żal, złość, wstyd… dobrze że w lesie i nikt poza przestraszoną rodziną nie widział.

O matulu co mnie podkusiło to nie wiem. Fakt że tylko kierunkowskaz ułamany, ale stało się. Musiałam przyznać samej sobie że ten motocykl nie dla mnie.
A dalej ku przestrodze: nie wzięłam sobie do serca tej porażki. Objechałam siebie samą za głupotę, pokornie wysluchałam połajanki Małża (no nie chciałem Ci mówić żeby nie było że Cię facet ogranicza ale ja bym w teren nie pojechał, za mało jeszcze umiem.. i tego typu), i następnego dnia wsiadam znowu! Przecież nie można sobie traumy budować na takiej drobnostce (plus pokrycie kosztów naprawy w testowym motocyklu z salonu, ale o to mniejsza), nie?

Ale tu już maszyna pokazała co o mnie myśli. Krótko mówiąc: nie zdążyłam na ulicę z garażu wyjechać, kiedy przechyliłam się (na minimalnej prędkości, a więc niestabilnej maszynie) i po raz drugi tego upojnego weekendu – przewróciłam się. Normalnie mnie zrzucił ten rumak. I miał rację.

Brak doświadczenia.
Brak siły (tak! – co nie znaczy że nie mogę jej wyćwiczyć, ale po kursie wsiadać na taki motocykl to teraz jak widzę – mocno nieodpowiedzialne i głupie po prostu)
Brak pokory
Brawura.

Dobrze że to się stało na parkingu, i dobrze że przed kupieniem mojej własnej Szarloty. Moja własna niska jest, choć też zwrotna to jednak typowo szosowa, mała, niby duża pojemność a mała moc, no cruiser co nie jest cruiserem (bo krótszy i nadaje się do skręcania, czego zdaniem niektórych cruisery nie lubią). Próbowałam ją położyć na bok (z asekuracją) i noga dawała radę. Czy dalej daje radę i jak się nam ze sobą układa, jeśli pozwolicie, w następnym odcinku

nadal jestem świeżakiem, ale już duuuużo pokorniejszym.
A na litra nie wsiądę, a po jeździe v-stromem wiem że gadka typu „ale ja nie będę korzystać z tej mocy, nie będę odkręcać” to bajki. Świeżak zawsze odkręca manetkę, niechcący, bo nie wyczuwa, bo brak doświadczenia. Jak się ma pod sobą huragan to kończy się to różnie, ale nie jazdą do przodu… Ja mojej Małej na tylnym kole nie postawię, nie ma takich szans. I na pewno to lepiej.

Tagi: ,

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>