Oj, bywało, bywało…. tego się nie da opisać, jak chcecie poczuć ducha klubu to… pojedźcie z Klubem. Klubem Kruzerowym.

W ubiegły weekend – od piątku już – działo się tyle, i było tak fantastycznie, że ze zmęczenia padłam po prostu.

To nie jest śmieszne, mili Państwo. Przypominam lub nie, ale jechałam tam z początkami przeziębienia, na witaminie C i po nocy na fervexie. Jak tu opisać w jednej notce taaaakie wydarzenie jak otwarcie sezonu klubu motocyklowego? Nie da się, zwłaszcza dla mnie, dla której wszystko w tym wyjeździe było nowe (poza trasą widokową, którą znałam częściowo z wcześniejszych pobytów rowerowych w Bielsku Białej).

Nowe zaczęło się od zaproszenia Weroniki na Otwarcie Sezonu. Klubu Motocyklowego – zrzeszającego ludzi pod fantastycznym hasłem „Różni ludzie. Jedna pasja.”. Gdyby nie Weronika, nie brała bym w ogóle pod uwagę jazdę w Siną Dal, tak po prostu, nie znając nikogo, na drugi koniec Polski.

Tak więc w piątek od razu z Górnej Półki:

  • trasa przelotowa dłuższa od najdłuższej przeze mnie wykonanej o ponad 100 km. W sumie do Wisły od wyjazdu z domu miałam 420 km. Jak zniesiemy z Szarlotką taką trasę? Nowe.
  • jazda w grupie! Maksymalna ilość moto, z jakim jeździłam, to 3, Szarlotę wliczając. A tu jedziemy w 6 motocykli, a w połowie drogi dochodzą kolejni. Cóż z tego, że teoretycznie wiem, jak się jeździ w grupie, dodatkowo dostałam wytyczne z klubu, jak nigdy nie mogłam tego w praktyce przećwiczyć? Nowe, jak nic.
  • Klub. Istota Klubu – zaczynam to odczuwać od samego początku, od spotkania w punkcie startu aż do Wisły. Nie znam nikogo, ale wszyscy znają mnie. Wiedzą że jadę z nimi. Zajmują się. Czekają. Tłumaczą. Nie mają łatwo – wraz ze mną jedzie jeszcze dwóch nowych motocyklistów, tak samo nieznających Klubu jak ja. Ale to nic – gospodarze dbają o nas, a każdy tam jest gospodarzem. Nowe? No Bajka po prostu… Czuję się coraz pewniej i bardzo, bardzo miło. A w Wiśle powitanie, jakie zgotował mi i wszystkim nowym zresztą Organizator zlotu – ciepłe i dające komfort, motywujące do aktywności i uspokajające (tak, nerwusa trzeba było uspokoić, prawda ;-)?). Brakowało kilku osób które w ostatniej chwili się rozchorowały – w tym Weroniki i Prezesa, którego niestety nie poznałam.

A dalej już było tylko z górki, bo przysłowiowy Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc wrażenia zaczęły się kumulować.

I tak w sobotę kolejne Nowe:

  • Poranna toaleta motocykli – Kochany Klubie, gdyby nie dobry przykład od klubowiczów, to Szarlotka pojechałaby w trasę nieumyta po przelotowej podróży. Nowe. Nie chodzi o to, że nie myję Szarloty…. no dobra, leń jestem. Dobrze mi ten dobry przykład zrobił.
  • Jazda w grupie! Już to pisałam? A gdzie tam! To był zalążek jazdy w grupie. W sobotę przejazd był już Totalny. Trasę widokową robiliśmy w 20 motocykli i 3 samochody (nie wszyscy mogli przyjechać na moto, z różnych przyczyn). Nooooo i tyle maszyn implikuje już zupełnie inny styl jazdy. To na pewno nie każdemu się spodoba. Rozumiem ludzi którzy lubią jeździć solo. Ale wrażenie jazdy w kolumnie wielkich kruzerów jest jedyne w swoim rodzaju. Tu nie chodzi o prędkość, nie chodzi o osiągi (chyba że osiągi decybeli z tuningowanych wydechów), ale o Jazdę przez Duże J. Blokowanie skrzyżowań, majestatyczne kruzowanie… myślę że cytowany Panwiewiorka właśnie taką jazdę krytykował. Wolno mu, bo twierdzi że sam jeździł kruzerem. Powtórzę jednak: można tego nie lubić, ale wrażenie robi. Na mnie wręcz narkotyczne. Bardzo mi się podobało.
  • Traaaaaaasaaaa…. moje pierwsze Poważne Zakręty. No wiem, wiem, Panikuję. Szarlotka jest zwinna i mocna, spokojnie umie jeździć po winklach, ale ja nie umiem. No to się musiałam nauczyć. I tak jak niektórzy prorokowali, po pokonaniu tych winkli było mi mało. Dla przypomnienia trasa:


Wyświetl większą mapę

  • Last but not Least – Klub. Pisałam już o tym? Gdzie tam! W sobotę mogłam poczuć jeszcze mocniej Klub. I mam pełną świadomość że jako Nowa niewiele tak naprawdę mogłam poczuć. Rozumiem ludzi, dla których Klub jest Drugą Rodziną. Ten Klub, z którym jeździłam w sobotę, jest też wyjątkowy pod względem rodzin wogóle. Rodziny przyjeżdzają na zlot, z rodziną się jeździ motocyklem (żony, córki, synowie, dzieci małe, choć te ostatnie nie na motocyklu – jeszcze). Zabawa w sobotę – nie wiem do której, bo nie dotrwałam choć bardzo się starałam – jednak zimno i przeziębienie dały o sobie znać i w końcu wróciłam do pokoju (Chwała Organizatorom! Pokoiki w pensjonacie czyściutkie, klasa hotelowa – ręczniki, mydełka, szamponiki, kubeczki i czajnik i TV. Wierzcie mi – to nie jest standard pensjonatowy). Tak czy siak było wesoło :-).
  • I wiele, wiele innych wrażeń, na których notki jednej nie starczy. Samo Nowe, mówię Wam. Przez całą Niedzielę do powrotu do domu.

 

Dziękuję,  SCC!

 

Tagi: , , ,

Odpowiedzi: 4 do wpisu “Jak to na zlocie bywało….”

  1. WhiteHead pisze:

    No i Shadowgirl wsiąkła…

  2. Romeo pisze:

    To teraz już wiesz jak ja mam … co łikent prawie :), żeby nie powiedzieć codziennie :)

  3. [...] Lusia w Wiśle był miejscem, gdzie 23.04 mieszkałam w trakcie zlotu klubu SCC, skąd jechaliśmy na wycieczki motocyklowe po szeroko rozumianej okolicy w promieniu 100 km. linek [...]

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>