I tak minął dzień, wieczór i poranek, trzeciego dnia. Podróży Pana Kikima przez Alpy. A nawet już i czwarty, piąty i szósty.

Jednak póki co jesteśmy na trasie trzeciego  i czwartego dnia.

Właśnie – trasy macie poniżej. Otwierają się po kliknięciu w obrazek. Te mi znane polecam w ciemno i opisywałam na blogu. Znając Pana Kikima – pozostałe również piękne.

Trasa 3 dnia:

Kliknij, aby wyświetlić trasę

Kliknij, aby wyświetlić trasę

Trzeci dzień Pana Kikima przejechał przez Tyrol Północny z zahaczeniem o Południowy, a czwartego rozpoczął dalszą podróż, krótko mówiąc, prze 3 i 4 dzien jechał przez znane mi miejsca, miejsca które zwiedzałam Szarlotą w zeszłym roku:

Oetztal i przełęczą Timmelsjoch, Okolice Wenns i Kauns gdzie miałam wypadek, dolnia Górnego Innu, Pfunds wraz z tym samym hotelem Edelweiss, , AlbulaPass…. zresztą, przeczytajcie sami.

I powiem Wam jedno – Alpy Piękne Są.

A teraz relacja Pana Kikima:

No dziś to było już ostro. Technicznie i kręto. Czyli tak jak lubimy!

Wystartowaliśmy z Heilgenblut nieco wcześniej niż poprzedniego dnia i od razu skierowaliśmy się na Defreggental Landestrasstrase nieco dziką drogę stanowiącą przejście graniczne z Włochami. Już sam podjazd na przełęcz dostarcza masę emocji ale dopiero zjazd na włoską stronę jest tym po co tu przyjechaliśmy. Droga w dolinę jest tak wąska i kręta że otwierana jest tylko raz na godzinę w każdą ze stron. 15 minutowe okienko zaczynało się dokładnie w momencie naszego przyjazdu – bez przystanięcia ruszyliśmy w gromadzie motocykli w dół. Jest film z GoPro więc będziecie mogli to kiedyś zobaczyć :-)
Po włoskiej stronie na drogach nieco południowego chaosu (co da się wytrzymać) i koszmarnie droga benzyna: 1,86 euro za litr (co już nie da się wytrzymać). Po kilku uroczych ale niestety zapchanych samochodami dolinach, wbiliśmy się na kolejną przełęcz: Passo Giovo. Droga obłędnie piękna, dość trudna technicznie, zwłaszcza na zjeździe w kierunku San Leonardo. Dodatkowej adrenaliny dostarczyli kochani Włosi, naprawiając nawierzchnię serpentyn smołą i żwirkową posypką. A myślałem że tylko u nas mają takie genialne pomysły na pozbycie się jednośladów definitywnie…

Za San Leonardo zaczyna się ukochana przełącz Shadowgirl czyli Passo di Rombo. Długi i piękny podjazd na idealnym asfalcie prowadzi tam na surową przełęcz, zasypaną wciąż śniegiem. Zjazd prowadzi serpentynami w 2-3 metrowym parowie wykopanym w śniegu. Interesujące uczucie, biorąc pod uwagę panujące na dole 30 stopniowe upały.
Po pokonaniu przełęczy i nieco nudnym odcinku dnem szerokiej doliny, skręciliśmy za Oetz w małą i krętą dróżką przecinającą wzgórza piętrzące się nad doliną rzeki Inn. Ta trasa to moje własne odkrycie z zeszłego roku. Miejscami jest tak kręta i stroma że D. zaczynał się już obawiać o mój rozum. Ale jak i poprzednio – górska dróżka wyglądała na trudniejszą niż faktycznie się okazało. Po drodze odwiedziliśmy miejsce wypadku Shadowgirl. Na koniec, zmęczeni i zadowoleni zajechaliśmy z zamiarem zjedzenia obiadokolacji do hotelu Edelweiss w Pfunds – tego samego  w którym tak miło spędzaliśmy wakacje w zeszłym roku. Przywitani jak starzy znajomi, otrzymaliśmy wygodny pokój i przepyszną kolację. Wobec takiej gościnności i wielu zapytań o zdrowie Shadowgirl postanowiliśmy pozostać w hotelu, kończąc nieco wcześniej dzień jazdy.
Jutro przed nami Stelvio i przełęcze Szwajcarii… Będzie się działo!

Foty z trzeciego dnia:

Szerokości!

Szerokości!

Pan Kikim kazali, to trza jechać, choć wąsko...

Pan Kikim kazali, to trza jechać, choć wąsko…

Tunel

 

Dzień czwarty to ta traska:

Kliknij, aby wyświetlić trasę

Kliknij, aby wyświetlić trasę

 

A dzień czwarty…Nie wiem od czego zacząć, tyle się działo.
Po sycącym śniadaniu i zmyciu grubej warstwy owadów z motocykli wyruszyliśmy w kierunku Szwajcarii. Od granicy dzieliło nas zaledwie kilka kilometrów, więc po kwadransie jechaliśmy w kierunku Zuoz. Naszą pierwszą przełęczą tego dnia była Albula Pass ale zanim do niej dotarliśmy mogliśmy podziwiać malowniczą dolinę rzeki Inn. [z czego wynika że nie pojechał, jak obiecywał, przez przełęcz Stelvio, bo nie jechałby wtedy przez Zuoz. -przypis ShG]
Wjazd na tę przełęcz jest bardzo widowiskowy. Z tarasów łąk i bujnej zieleni powoli osiąga się surowe i kamieniste siodło przełęczy. Gdzieniegdzie leżał jeszcze śnieg, w wielu stała już woda. Okolica pusta i spokojna. W czasie zjazdu natrafia się na linię kolejową, która wychodząc z tunelu wije się przez dziesiątki tuneli i wiaduktów. Często w jednym miejscu te same tory przecinają się  dwa lub trzy razy na różnych wysokościach. Zjazd jest dość wymagający z racji na kiepski asfalt i bardzo ostre łuki.
Z tej przełęczy skierowaliśmy się do Splugen za którym natrafiliśmy na gorący, letni deszcz. Szybkie ubranie skafandrów i rozpoczęliśmy wjazd na przełęcz San Bernardino. Oczywiści deszcz natychmiast dał za wygraną i zaczęliśmy gotować się w skafandrach. Mimo to doznania z tej prześlicznej przełęczy nie mają sobie równych. Podjazd i zjazd dość łatwe technicznie ale z racji na ilość winkli oba dość męczące.
Po San Bernardino przyszedł czas na przełęcz San Gottrado. Próbowaliśmy wbić się tym bardziej ambitnym podjazdem (La Tremolla) ale okazało się że jest jeszcze zawalony śniegiem więc wróciliśmy na ten łatwiejszy, już odśnieżony. Na górze znowu deszczyk ale szybki zjazd pozwolił uciec do słoneczka. Zaraz po zjeździe z tej przełęczy wpada się na Furka Pass. Niesamowicie urokliwa przełęcz, pełna jeszcze śniegu prowadzi do doliny niesamowitymi tarasami i estakadami.
Następny odcinek był nudnym przejazdem uczęszczanymi drogami aż do Martigny. Jedyną atrakcją była ucieczka od gigantycznej burzy, która goniła nas niemal przez 100km. Na jej skraju pokazała się najpiękniejsza tęcza jaką kiedykolwiek widziałem :-)

Z Martigny zaatakowaliśmy ostatnią z zaplanowanych – przełęcz św. Bernarda, która jest alternatywą dla tunelu pod Mont Blanc. Wysoka na tyle że wierzchołek trasy tonie w chmurach. Panuje na niej jeszcze zima, ekipy odśnieżające przebiły się przez nią dopiero dwa dni temu. Sięgające 3 metrów ściany śniegu, topiąc się zalewają drogę kaskadami lodowatej wody. Estakady pogrzebne są jeszcze w białej pokrywie. Zarówno wjazd jak i zjazd robią niesamowite wrażenie i były nie lada wyczynem. Ale warto było! Jesteśmy już na pograniczu Włoch i Francji. Jutro czekają nas francuskie Alpy!

Uroki zimy w lecie… to jest coś o czym wiedziałam jadąc w Alpy, a czego – pod koniec sierpnia – nie dane mi było doświadczyć. Alpy w sierpniu są innymi góami po prostu :-).  Zdjęcia pokazują jak bardzo moje wrażenia z sierpnia różniłyby się od tegorocznych – w czerwcu (a w kwietniu na halach śnieg jeszcze walił):

4-1

 

4-2

 

4-3

 

4-4

4-5

Tagi: , , , , , , , , , , , , , ,

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>