Wróciłam poobijana, przemarznięta choć sucha – ciuchy się sprawdziły. Z przemyśleniami jak do jasnej ciasnej lepiej się przygotować na okoliczności przyrody które miały miejsce w zeszły piątek.

Pogoda dopisała – nie było śniegu, gradu, temperatura powyżej zera – żyć nie umierać, toż czego jeszcze życzyć sobie na dzień szkolenia z jazdy motocyklem na popularnym Kulikowisku za Dęblinem na wygwizdowie lotniskowym?

No cóż, czegoś jeszcze można sobie życzyć. Niepadania na przykład. Jazda po torze na lotnisku – tam woda nie przeszkadzała. Za to w drodze powrotnej – Mater Dei, gdyby nie Pan Kikim co przybył na odsiecz to z ręką na sercu mówię – albo bym miała wypadek, albo znalazła nocleg w hotelu jakimś. Jakimkolwiek. Deszcz, odkosy wody od pojazdów, zaparowany kask, zimno, zmęczenie – najgorszy powrót moto w życiu. Dobrze że Pan Kikim z przodu prowadził to jakoś się trzymałam jego światełka…

Lecz na samym początku: trasa do Ułęża – mniódmalina. Wybrałam drogę poboczną, wolniejszą, za to ładniejszą. Jechało się bardzo przyjemnie, droga prawie pusta.

Chwila rozbawienia na Statoil Kozienice, gdzie młodzież pracująca na stacji – zwłaszcza pozdrawiam aryjskiego blondyna – musiała, no musiała zadać to sakramentalne pytanie z gatunku Pytań, których nie lubię.

- Nie boi się Pani? Tak sama….. [Słowo daję, jeśli to był podryw to dzieciak musi się jeszcze trochę o kobietach pouczyć. O kobietach, nie dziewczynkach z dyskoteki]

- Nie rozumiem… znaczy, macie tu Państwo jakiś monitoring? Kradną motocykle?  Napadają??? [widzicie, zupełnie nie zrozumiałam Młodego Blondyna]

- Nienie! Skądże, zapraszamy, tu bezpiecznie. [i zmyli się Panowie].

Kropić zaczęło przed samym lotniskiem. I tak siąpiło, że wogóle nie przeszkadzało. Dziękuję trójce współtowarzyszy, do których się na koniuszku trasy przyłączyłam i dzięki temu nie musiałam kluczyć szukając skrętu na lotnisko. Bo na mapie to fajnie wygląda, a fakt jest taki, że ciężko trafić na ten skręt. Jadąc do Motoparku Ułęż, przygotujcie się dobrze!

 

Salka, a w kamizelce Miszczu.

A w Motoparku – w baraczku miło i ciepło, i herbata jest, i stoły przy których zasiadamy i słuchamy Miszcza czyli Tomka Kulika. Tłumaczy, jak będzie wyglądało szkolenie, czemu mianowicie podzielimy się na dwa zespoły, i trochę szybko, za szybko, ruszamy na objazd lotniska. Wróć, wcześniej Tomek podchodzi do każdego motocykla i sprawdza luz na lince gazu, nożny hamulec – to u mnie akurat.

Objazd lotniska – fajny. Gdyby nie to że się bałam brać zakręty. Sorry chłopaki za to hamowanie przed każdym, po to przyjechałam żeby nad tym popracować właśnie. Objazd powoduje że się rozkręcam bardziej niż na drodze z Piaseczna, bo już czuję że asfalt jest cudowny, motocykl się trzyma, Szarlota chce wchodzić w te zakręty, i tylko ja jedna tu panikuję bo ona to by już pojechała.

Po rozgrzewce podział na grupy, my a zwłaszcza ja – na lewo na podstawowe doszkalanie. Przed samym wyjazdem jęczałam w telefon Tomkowi że po wypadku, że zakręty na kwadratowo, że boję się manewrować i wogóle to przewrócę siebie i wszystkich. Generalnie jechałam na szkolenie z jedynym sensownym – moim zdaniem – nastawieniem:

Nic nie umiem, przyjechałam się nauczyć, pokażcie mi co robię źle.

Wszystkim tak radzę. Chojrakowanie, kozakowanie, pokazywanie co się umie – brak pokory ogólnie, powoduje że wynosi się ze szkolenia mniej niż można było wynieść. Zasada ta sprawdza się wszędzie, i wszędzie widzę że kobiety są w tym lepsze ;-).

Zadając więc sobie samej/mu pytanie – po co kurs doszkalający, odpowiedź właśnie brzmi: żeby nauczyć się pokory i pozwolić komuś lepszemu poprawić złe nawyki. Żeby na dobrej nawierzchni móc poćwiczyć na własnym motocyklu. A nawierzchnia – mimo coraz mocniej siąpiącego deszczu – szorstka jak w Alpach. No ludzie, przełamałam się i zaczęłam ćwiczyć przeciwskręt powyżej prędkości lamerskiej. Pierwszy raz w życiu jechałam bez trzymanki – i okazało się że Szarlota ściąga mocno na prawo. I w końcu, na sam koniec szkolenia, jak już było ciemno i wszyscy poszli poganiać na lotnisku, to ja uparłam się że zrobię dwie nawrotki lewo-prawo na Szarlocie. W końcu skoro Tomek ją zabrał i przejechał lewo-prawo to znaczy się że ona umi. Muszę więc i ja się naumić. I na sam koniec zaczęło mi to wychodzić.

Samo szkolenie – mało mi było. Ale to było TYLKO 5 godzin. Nie darmo u Promotora szkolenie trwa – cały sezon i pół. Z możliwością doszkalania przez jeszcze trzeci sezon. I powtórki przez kolejne. To nie są rzeczy, których nauczysz się od razu na szkole jazdy. Założenie Kulikowiska również jest takie, że się takie imprezy powtarza, i powtarza, i powtarza…. za każdym razem wg słów Tomka program może być trochę inny, dopasowany do tych, którzy na szkolenie przyjeżdżają.

Jestem ogromnie zadowolona i jednocześnie świadoma czego nie umiem i jak tego dużo.

Szkolenia tego typu są najlepszym początkiem sezonu, kiedy nawet przy dobrej kondycji, dużym doświadczeniu, potrzeba jednak czasu żeby przypomnieć sobie odruchy. W moim przypadku – nauczyć się ich. Mam świadomość, że dopiero liznęłam temat.

A Wy, Wilki Szos i Zakrętów – kiedy jedziecie na Kulikowisko?

Na koniec zdjątko jak już Pan Kikim przybył – widzicie te hałdy śniegu na trzecim planie? Sięgały mi do pasa.

Na koniec szkolenia – na zerowym planie Kikim, na trzecim – jak widać.

 

 

Tagi: , ,

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>