Aleksander dnia 8 września 2015

Zakończyliśmy nasz tegoroczny szybki przelot przez rumuńskie Karpaty, o którym możesz przeczytać  w niniejszych notkach:

Było naprawdę super, przeżyliśmy fajne chwile, które szczerze każdemu miłośnikowi turystyki polecam. Aby całość wyjazdu przebiegała sprawnie warto zawczasu pomyśleć o kilku sprawach…

Poniżej zebrałem kilka informacji, które mogą być przydatne dla osób planujących taki wyjazd.

Nasze założenia były następujące:

Jadą 3 osoby, wszystkie na podobnych do siebie motocyklach (3 x BMW GS1200). Każdy z nas ma już doświadczenie turystyczne i ma na koncie dni w których pokonał motocyklem 800-1000 km. Celem jest sama jazda a nie zwiedzanie czy wypoczynek na miejscu. Śpimy w hotelach i pensjonatach, żywimy się w lokalnych restauracjach. Jedziemy bez względu na pogodę.

  • Całość trasy: 2600 km
  • Ilość dni: 4,5
  • Odwiedzone kraje: Polska, Słowacja, Węgry, Rumunia
  • Średni  czas w podróży: 10h/dziennie

Opłaty:

Słowacja: drogi szybkiego ruchu i autostrady są dla motocyklistów bezpłatne

Węgry: należy wykupić elektroniczna 10-dniową winietę na stacji benzynowej. Nazywa się to „EMATRICA D1 MOTOR H”, najkrótsza obowiązuje do północy 10 dnia licząc od momentu zakupu i kosztuje 1470 forintów (około 20 PLN). Przy zakupie należy podać numer rejestracyjny, który wprowadzany jest do systemu kontrolnego. Warto zachować rachunek. Można opłacić kartą przy okazji zakupu paliwa.

Rumunia: drogi szybkiego ruchu i autostrady są dla motocyklistów bezpłatne (brak potwierdzenia w PZMot) ale jest ich dość mało

Ceny noclegów:

są niższe niż w Polsce. Za kilkanaście euro od osoby można zatrzymać się w całkiem przyzwoitym hotelu. Standard jest nieco niższy niż w analogicznie oznaczonych gwiazdkami miejscach na zachodzie ale nie natrafiliśmy na miejsce brudne czy nieprzyjazne

Sieć telefoniczna

jest dobrze dostępna, z roamingiem rozmów i danych nie mieliśmy nigdy problemów, choć w górach trafiają się obszary nie pokryte zasięgiem.

Język:

poza rumuńskim w większości miejsc i sytuacji można skutecznie porozumieć się po angielsku, rzadziej po rosyjsku. Ludzie są otwarci i komunikatywni, jak nie mogą się dogadać to zadzwonią do kogoś  kto zna angielski i oddadzą telefon aby wyjaśnić o co chodzi.

Drogi:

Naprawa drogi

Naprawa drogi

dzielą się na świetne i tragiczne. Nowe drogi zbudowane w miejscu starych wyglądają europejsko. Gładkie, z dobrym asfaltem, utwardzonym poboczem i wymalowanym oznakowaniem. Te które nie doczekały się przebudowy są często w tragicznym stanie, pełnie dziur i łat, naprawiane wielokrotnie i niestety byle jako. Dla sztywnego zawieszenia mogą być wyjątkowo uciążliwe a nawet niebezpieczne. Na niektórych drogach prace trwają od lat a ruch puszczony jest przez mijanki.

Bezpieczeństwo:

Rumunia jest krajem relatywnie bezpiecznym, nie mamy wiedzy o aktach agresji choć w dzisiejszych czasach sytuacja może się szybko zmienić, warto śledzić komunikaty na stronach MSZ (https://www.msz.gov.pl/pl/informacje_konsularne/ostrzezenia/ostrzezenia_dla_podrozujacych).

Bezpieczeństwo podzieliłbym na 3 kategorie:

Ruch drogowy – kierowcy na prowincji (nie mówimy tu o Bukareszcie) nie wykazują większej agresji czy zachować ofensywnych. Jeżdżą raczej spokojnie i nie za szybko. Niemniej jednak rozumienie bezpieczeństwa jest totalnie odmienne od naszego i przewożenie rodziny na pace, dachu czy konia wewnątrz Forda transita jest na porządku dziennym. Stada bydła, konie czy psy biegające o zmroku po drodze spotkacie w każdej większej wsi. Napotkaliśmy delikwentów zatrzymujących się na środku zakrętu aby pogadać, zjeść śniadanie na masce czy zrobić zdjęcie. Należy tez uważać na przejawy szczerego entuzjazmu ze strony kierowców. Mogą prawym kierunkowskazem sygnalizować że Was puszczają… prosto pod TIRa z przeciwka. I to nie złośliwie a raczej bezmyślnie.

Ludzie – spotykani w różnych sytuacjach są zazwyczaj przyjaźni i otwarci. Nie spotkaliśmy się z jakąkolwiek formą namolności czy niechęci. Nawet w dni u nas typowo imprezowe tambylcy  nie stanowią alkoholowego problemu dla turysty. Nieco inaczej wygląda sytuacja w romskich osiedlach. Tam ludzie żyją praktycznie na ulicy i trzeba zachować szczególna ostrożność mijając grupy dzieci i dorosłych. Czasem trudno stwierdzić czy ich reakcje na nasz przejazd były entuzjazmem czy też agresją. Zatrzymując się w pobliżu takich grup trzeba być przygotowanym na obleganie przez dzieciaki oraz próby uszczuplenia posiadanego wyposażenia.

Droga

Droga

Przyroda – stanowi niewątpliwą atrakcję tego kraju. Niesie jednak pewne zagrożenia w połączeniu z organizacją służb różnorakich. Jest dziko, czasem bajecznie dziko. A więc można spotkać różne przejawy dzikości od jelenia do niedźwiedzia. Sami nie mieliśmy tej przyjemności ale znajomi raportowali takie spotkania, które do bezpiecznych nie należą. Dla osób wybierających spanie na łonie przyrody obowiązkowe jest pozyskanie podstawowej wiedzy o tym jak nie zapraszać misia na kolację. Spotkania z mniej niebezpiecznymi krowami, końmi czy owcami są na porządku dziennym wczesnym rankiem i przed zmrokiem. Wtedy to lokalne drogi są okupowane przez stada lub pojedyncze zwierzaki idące środkiem drogi bez opieki. Nie ustępują  a trąbienie na nie uchodzi chyba w Rumunii za brak kultury J. Ogromnym plusem jest jednak to że sfory bezpańskich psów odeszły już do historii. Psów jest dużo przy drogach ale nie gonią one za motocyklami i są w naturalny sposób ostrożne – zadziałała chemiczna kastracja i dobór naturalny wspomagany ruchem drogowym.  Również przyroda nieożywiona może zaskoczyć. Piach i błoto naniesione przez deszcz na drogę nikogo nie dziwi ale myśmy natknęli się na kilku gości, którzy próbowali przetoczyć na pobocze kamyk wielkości sporego fotela. Odpadł ze zbocza i leżał za zakrętem. Więc nawet jeśli asfalt jest gładki jak tor wyścigowy to w ślepe zakręty wchodź z rozwagą bo to nie Austria czy Szwajcaria.

W razie problemów należy nastawić się iż poziom opieki zdrowotnej i ratownictwa jest niższy niż w Polsce co w razie wypadku czy poważnego zachorowania może stanowić problem. W górach dwugodzinne oczekiwanie na pomoc medyczną jest niestety realną sytuacją…

Co obowiązkowo należy zabrać w taką trasę?

  • Sprawny motocykl turystyczny po przeglądzie na szosowych lub szosowo-terenowych oponach.
  • Kompletne i sprawdzone ubranie turystyczne (najlepiej tekstylne) odporne na warunki atmosferyczne wraz z kombinezonem przeciwdeszczowym i butami z membraną (oczywiście z kaskiem i rękawicami)
  • Ubezpieczenie kosztów leczenia w najwyższej opcji oraz karta EKUZ
  • Nawigacja GPS lub komplet dokładnych map
  • Olej na dolewki i smar do łańcucha o ile dana maszyna ich wymaga
  • Dowód osobisty lub paszport
  • Karta płatnicza, kredytowa i gotówka  w euro, forintach i lejach rumuńskich
  • Zestaw do naprawy opon
  • Zapasowe bezpieczniki i komplet żarówek
  • Sensownie przygotowana apteczka

Co bardzo się przydaje lub może się przydać?

  • Interkomy do komunikacji pomiędzy motocyklistami
  • Telefon komórkowy z dostępem do internetu (wyszukiwanie noclegów na bookin.com)
  • Zestaw narzędzi (ale tylko tych które są ewidentnie do zastosowania w polowej naprawie)
  • Sprawdzona blokada lub łańcuch do nocnego spięcia motocykli
  • Aparat foto, kamera itp.

 

 

 

 

 

 

 

Tagi: , , , , ,

Aleksander dnia 5 września 2015
Śniadanie w ogrodzie

Śniadanie w ogrodzie

Śniadanie czekało na nas w ogrodzie. Domowe i smaczne. Jadło sie nam tak dobrz że ruszyliśmy dopiero po dziewiątej. Zaczęliśmy od wizyty na stacji benzynowej – góry trzeba przeskoczyć na jednym tankowaniu, na stacje po drodze nie ma co liczyć. Nie jest to jednak dużym problemem o ile nie stratuje się na rezerwie – do przejechania jest nieco ponad 100km.

Trasa Transfogaraska

Trasa Transfogaraska

W tej podróży po raz pierwszy przemierzaliśmy trasę Transfogaraską od południa. Widoki w tym kierunku podobają mi sie znacznie bardziej niż te które znamy z podróży w przeciwną stronę. Potężne i dominujące nad dolinami stoki, poprzecinane są serpentynami drogi DN7C zbudowanej w latach 70 kosztem życia 40 żołnierzy. Wjazd nie jest specjalnie trudny choć wymaga ciągłego skupienia uwagi i rozsądnego operowania manetką gazu. W sobotę ruch jest niemały, dla lokalesów to ulubione miejsce na weekendowy wypad. Kierowcy zazwyczaj starają sie pomagać motocyklistom zachęcając do wyprzedzania prawym kierunkowskazem. Trzeba być uważnym bo nie zawsze jest to przemyślana sugestia, raczej komunikat że delikwent nie ma nic przeciwko byciu wyprzedzonym. Z drugiej strony otwarcie drzwi przed nosem albo zaparkowanie na środku drogi w celu zrobienia fotki jest tu chyba sportem narodowym.

Jezioro Balea

Jezioro Balea

Droga jednak wynagradza wszystko. To 100 km radości i niesamowitych wrażeń. Podobnie jak Transalpina droga sięga powyżej 2000 metrów. Ma kilkanaście zawrotek i kilkadziesiąt fajnych zakrętów. Jest celem samym w sobie. Gdy osiąga sie jej północny kraniec okolica zaskakuje monotonną równiną. Warto wtedy popatrzeć za siebie. Piętrząca się za plecami ściana gór robi niesamowite wrażenie.

Po tej motocyklowej uczcie czas było na zwykłe jedzenie. Nasz „food finder” Mateusz jak zwykle wyszukał  nam zacny posiłek w przydrożnej restauracji. Ociężali pomimo podwójnego expresso wpadliśmy na autostradę która pognaliśmy do Sebes. Na północy zgromadziły sie czarne chmury z których w pewnym momencie chlusnął deszcz. Jechaliśmy samym skrajem ulewy wiec po szybkiej decyzji pognaliśmy dalej lekko tylko zamoczeniu umykając niepogodzie.

Deszczowcy

Deszczowcy

Z Sebes odbiliśmy nieco inną drogą w góry Biharu. Resztę dnia spędziliśmy na jeździe przerywanej zakładaniem i zdejmowaniem przeciwdeszczowych kombinezonów. Jazdę uatrakcyjnialy nam wyjące klaksonami weselne korowody samochodów. Okupowały niemal każda mijankę na drodze do Oradei. Przebijalismy się na czoło używając syren i koguta, co tutaj najwyraźniej budzi radość i powszechny szacunek.

Po zmroku pogoda sie poprawiła co pozwoliło nam bez przeszkód dotrzeć aż do Debreczyna gdzie zatrzymalismy sie na nocleg. Jutro powrót do Polski.

Aleksander dnia 4 września 2015

Rumuńskie sniadaniePo nocnym deszczu, rano powitało nas nieśmiało słoneczko zza chmur. Szybkie pakowanie gratów i solidne śniadanie w miły sposób pchnęło nas do działania. Szybka kosmetyka motocykli i ruszamy w drogę.  Nawet nie zauważyłem gdy opuściliśmy gościnne wzgórza i przed nami wyrosła panorama równiny na końcu której piętrzyły się zamglone stoki Karpat. Tam gdzieś pomiędzy nimi wije sie Transalpina, najwyżej położona asfaltowa droga Rumunii.

Ostatnie tankowanie przed zapuszczeniem sie w zielone doliny zamieniło sie w gwałtowny ale krotki pokaz deszczu z błękitnego nieba. Ulice spłynęły potokami brudnej wody, która upaprała doszczętnie nasze zakurzone motocykle. Pod dachem stacji paliw wpinamy membrany i ruszamy w ślad za oddalającym sie deszczem. Słońce przygrzewa coraz mocniej, wodna mgiełka spod kół paskudzi kaski a my przedzieramy się przez chaotyczne korki Sebes. W końcu udaje sie nam wyrwać z miasta i oto jesteśmy u stóp Transalpiny. Tym razem pokonamy ją w przeciwnym kierunku, jadąc od północy na południe. Czyli do góry nogami :-)

Gdy już zaczęliśmy na dobre smakować zakręty i agrafki tej drogi, deszcz przypomina sobie o nas i atakuje ze zdwojoną siłą. Przywdziewamy kombinezony przeciwdeszczowe – naszą bron masowego rażenia. Zazwyczaj mozolne ubieranie opornej gumy powoduje natychmiastowe ustanie deszczu. Teraz jednak musimy trochę na to poczekać. W dodatku podstępna aura kilkakrotnie próbuje nas podejść wyłączając prysznic i zapalając oślepiające słońce. My twardo nie ustępujemy i ubrani jak odblaskowe gumowe manekiny jedziemy dalej. W końcu deszcz daje za wygraną i możemy wrócić do normalnego wyglądu. Droga dalej jest sucha i można odkręcić manetkę gazu.

TransalpinaTransalpina nieco się zmieniła od momentu kiedy jechałem nią pierwszy raz. Uzupełniono większość brakujących fragmentów nawierzchni, pojawiło się oznakowanie poziome, nawet bariery energochłonne są na większości zakrętów. Teraz przejedzie nią każdy kto zechce, bez względu na umiejętności i rodzaj pojazdu. Ale nadal widoki powalają na kolana. Nawet mnożące się w kilku punktach stragany nie odebrały jej powabu.

Wreszcie spotykamy motocyklistów. Większość to Polacy, są też Czesi i Niemcy. Za przełęczą Urdele naszym zwyczajem odbijamy z głównej drogi i wspinamy sie po rachitycznym asfalcie pod stacje przekaźnikową po raz kolejny zachwycić się niesamowitą panoramą. Warto tam zawinąć wieczorem, o zachodzie słońca, teraz jednak jest wczesne popołudnie, atmosfera zupełnie inna. Lekka mgła nie pozwala siegnąć wzrokiem zbyt daleko…

KarpatyObiad jemy w niewielkiej knajpce w Novaci. Jedzenie nie powala na kolana ale miejsce jest całkiem sympatyczne, jakby gotowe na obsługę motocyklistów. Też zmieniło sie od naszej pierwszej wizyty. Chyba na lepsze :-)

Koniec dnia to mozolne przebijanie sie do początku Trasy Transagoraskiej. Nocleg znajdujemy w niewielkim pensjonacie Daniela, zadowoleni ale i zmęczeni. Wieczorem fundujemy sobie seans obserwacji spadających gwiazd i nocne Polaków rozmowy… To był dobry dzień!

Tagi: , , , ,

Aleksander dnia 3 września 2015

Motocyklem w podróż można wyruszyć i odbyć ją na wiele sposobów. To jak jedziemy, z kim i kiedy jest wypadkową naszych przyzwyczajeń, marzeń, nastroju a także możliwości, umiejętności, czasu i wielu innych czynników. Ten wyjazd można nazwać męskim wypadem, nie zasługuje na określenia „wyprawa” czy „zwiedzanie”… Nie tym razem. Teraz chodzi o jazdę, samą w sobie. O pokonywanie zakrętów, unikanie dziur, smakowanie pyłu w zębach i walkę z narastającym zmęczeniem. Nie zwiedzamy. Nie nagrywamy filmów drogi. Nie poznajemy życia tubylców. Po prostu jedziemy. To taki nasz specyficzny moment zakończenia wakacji. Cztery dni fantastycznej jazdy bez poczucia winy. I jak na razie wychodzi nam znakomicie!

Mamy za sobą półtora dnia podróży od opuszczenia Warszawy. Wczoraj, pod pochmurnym niebem dociągnęliśmy do Krosna. W ciemnościach zajechaliśmy pod hotel o wdzięcznej nazwie „Miły”. Sen przyszedł szybko,  pomimo chrapania i poskrzypywania łóżek w niewielkim pokoju.

 

Mateusz o poranku

Ranek przywitał nas pochmurnym niebem i 15 stopniami na termometrze. Po sutym i smacznym śniadaniu ruszyliśmy w kierunku granicy. Słowacja dodała 10 stopni do temperatury powietrza i zaczęliśmy sie rozbierać. Przejazd zazwyczaj dość nudny tym razem odmieniły wszechobecne roboty drogowe. Gdyby jechać samochodem i za każdym razem stać na końcu kolejki byłoby to irytujące. My korzystaliśmy z mobilności motocykli i utrudnienia nie były zbyt dotkliwe.

Na Węgrzech było już 30 stopni. Widoki ciekawe jak książka telefoniczna. Bezkresne, płaskie pola, drogi proste jak struna. Jedyna korzyść to mały ruch i szybkie tempo jazdy. Tuż przed Rumuńską granicą odwiedziliśmy znany nam już zajazd Csarda. Kuchnia typowo węgierska, potrawy o wyraźnym, dominującym smaku, zjedzone przy wspomnieniach z minionego sezonu to był bardzo miły przerywnik.

Wkrótce po tym granica Rumuńska, kontrola dokumentów i jesteśmy w innym świecie. Tym razem jakoś mocniej, może z powodu długiego pobytu w Austrii, odczuwałem bałagan i zamieszanie na drogach. Trzeba sie szybko dopasować do tego pozornie niezorgazniowanego ruchu i zacząć jechać tak jak autochtoni. Wtedy jakoś idzie przeżyć… Tu też wszystko rozkopane, ale trudno oprzeć sie wrażeniu ze ekipy snującej sie przy wykopach czekają na jakąś nadprzyrodzoną interwencję. Droga z Oradei do Devy wciąż rozkopana i poprzecinana dziesiątkami mijanek. Walimy bez zastanowienia. Na czerwonym i na zielonym. Jakoś to działa i poruszamy sie szybko i sprawnie, momentami niknąc w tumanach kurzu wzniecanego przejazdem po terenie budowy. Nikt specjalnie nie protestuje. Tutejszy ruch ma niezwykłą skłonność do absorbowania takich dziwnych zachowań i dostosowuje sie bez sprzeciwów. To daje nam szanse na niezakłócony dojazd do miejscowości Stei za którą odbijamy w góry Bihor.  Wreszcie!

 Droga, którą pamiętamy z poprzednich wyjazdów jest dzis w opłakanym stanie. Zwłaszcza w niższych partiach gór dziury są jak leje po bombach. Wymagają skupienia uwagi i przedziwnych manewrów zamiast spokojnego składania sie w zakrętach. Wyżej jest lepiej. Można podziwiać dzikie krajobrazy, roztarczajace się w krótkich przecinkach pomiędzy drzewami i zaroślami. Pomimo fatalnej nawierzchni polecam odcinek od Srei do Abrud. To przedsmak tego co czaka na motocyklistę w Karpatach.

Zbliża sie zmierzch. Nasz plan noclegu w pensjonacie La Poci spala na panewce. Brak miejsc. Kolejne, oddalone o kilkanaście kilometrów miejsce znalezione na Booking.com jest zamknięte na głucho. W końcu po kolejnym odcinku nocnej jazdy znajdujemy przydrożny hotel i po niełatwej batalii lingwistycznej z kelnerem-recepcjonistą lądujemy w nieprzytulnych wnętrzach postsocjalistycznego luksusu. Ale to tez jest cześć przygody i dodaje swoistego kolorytu naszemu wypadowi.

A jutro tez jest dzień. Kolejny dzień jazdy :-)

Tagi: , , ,

Aleksander dnia 2 września 2015

Rumunia w cztery dni – tam i z powrotem.

Pierwszy dzień bez upałów… Czyżby nowa świecka tradycja że właśnie w taki dzień wyruszam na jesienny rajd „Rumunia w 4 dni”?

Tak czy inaczej GS stoi pod pracą zapakowany i gotowy do drogi. W tym sezonie sporo już widział i niemało kilometrów przejechał. Dziś skieruje swój plastikowy dziubek prosto na południe i wyruszy najpierw na Słowację, potem przez Węgry aż dotrze do ojczyzny Wlada Palownika… Rumunia czeka!

Mamy wyruszyć we trzech. Wszyscy znamy już ten kraj i jak jeden mąż chcemy tam wracać… Czasu mamy bardzo mało, ten wyjazd jest jakby „wykradziony” z codziennego zabiegania, pracy i rodzinnych zobowiązań. Ale to też czyni go atrakcją bo ceni się każdy zakręt, każdą minutę jazdy. A czekając na wybicie godziny wyjazdu doświadcza się uczucia że wszytko jest możliwe. Dziś budzimy się tu a jutro… nie wiemy gdzie.

W planie mamy wąwóz Bicaz, trasę Transfagoraską i Transalpinę. Ale co z tego zobaczymy… wspólnie się przekonamy. Tą zapowiedzią reanimujemy naszego bloga i razem z Shadowgirl zachęcamy do śledzenia tego i kolejnych wyjazdów…

Rumunia - tak było rok temu

Rumunia – Transalpina wieczorem

Tagi: , , ,

Sharlota dnia 5 sierpnia 2014

IMG_6948_Campolongo1

Dolomity…..

Dolomity i motocykle…

To idzie w parze.

Nie wiedzieliśmy, że aż tak.

Zacznę zatem od zdjęć z poszczególnych przełęczy arcyciekawych masywów, wchodzących w skład formacji nazwanej Dolomitami, które nazwę swą zawdzięczają występującemu w nich minerałowi, odkrytemu i opisanemu przez francuskiego badacza Alp, Deodata Delomieu.

To tak, żebyście przedsmak tych gór i tras poczuli:

 

Passo Gardena:

IMG_6944_Gardena1

IMG_6945_Gardena1

IMG_6946 - Gardena1

Passo Campolongo

IMG_6948_Campolongo1

Passo Ferraia z masywem Marmolady, najwyższego masywu Dolomitów:

Marmolada

Marmolada

Passo Giau tu by było, ale wyszło inaczej:

IMG_3751_krowa

Jestem piękna i nie wstydzę się tego :-)

 

Dalej podsumowując:

Dolomity to zróżnicowany krajobraz, ideał krótkich wycieczek moto z powodów:

1. krókich wycieczek :-) – a na poważnie: większość fajnych przełęczy jest blisko siebie, i można je robić w tę i z powrotem w ciągu kilku dni. Jak wiadomo wszystkim motonitom, ten sam podjazd w dół i w górę to już dwa podjazdy.

2. dość dobrego asfaltu – ale z naciskiem na „dość”. W przeciwieństwie do dróg w Austrii tu zdarzają się dziury, łatane łopatą fragmenty i odrobinę żwirku na zakrętach.

3. zakręty, czyli zawrotki, są Booooooskieeeee. Szerokie, wygodne, i bardzo zakręcające, i jest ich dużo. Wystarczająco dużo, by poćwiczyć bez stresu, jak wiadomo ad 1. w górę to nie to samo co dół, więc jest na czym ćwiczyć.

4. jest pięknie. Jest przepięknie. Jest porażająco pięknie, i, co tu kryć, nie tak trudno jak na Stelvio, a nadal pięknie, a nadal wymagająco, a nadal – wciąż – fajnie.

5. mało jest polskich motocyklistów. Przeważają Niemcy, Austriacy, Szwajcarzy i oczywiście Włosi, ci ostatni na sportowych maszynach, ewidentnie jadący w Dolomity tak, jak my na lot wokół Komina czyli Warszawy lub na inne trasy spacerowe, do zrobienia w ciągu 1 dnia, na zasadzie 3 P: Przylecieć, Przelecieć przez Przełęcze, Pognać z Powrotem.

 

I o tym, mili moi, będzie czas jakiś na blogu.

 

Do zobaczenia!

:-)

Tagi:

Sharlota dnia 28 lipca 2014

 

Alpy 2014, Proszę Państwa, dzień 4:

Timmelsjoch widok na stronę włoską

Timmelsjoch widok na stronę włoską

pożegnanie z częścią naszej ekipy, która wraca do Polski, i ostatni odcinek razem: Pfunds – Timmelsjoch.

O Timmelsjoch było już tu oraz tu, bo to moja ukochana przełęcz.

Z kilku powodów, min z tego że od północy prowadzi doń przeurokliwa Oetztal, a od połudna piękny podjazd od St. Leonard in Passeiertal z Passeiertal (nazwy celowo po niemiecku, bo ten obszar Włoch jest regionem autonomicznym Tyrolu Południowego, czyli jest to Tyrol i kropka.).

Przełęcz jest wysoko, na 2509 metrach. Jest to droga płatna, co przyjmuję każdorazowo i płacę, bo przyjeżdżam tylko i wyłącznie w celach rekreacyjnych. Doceniam dobrą nawierzchnię, szeroko poprowadzone zawrotki, dość suche :-) tunele po stronie włoskiej, oraz kilka przystanków muzealnych w pięknych.

Jest też piękna z różnorodności. Po obu stronach przełęczy panuje zupełnie inny klimat, widać to od razu po jej przejechaniu.

Przełęcz ta leży w centralnym masywie Alp, dzielącym but Włoski od reszty Europy. Od strony południa pas drzew zaczyna się dużo wcześniej, klimat jest gorętszy, na stokach w Passeiertal są winnice i sady jabłoni (podlewanych, gdyż opady w tej dolinie to raptem 400 mm na rok), które też ciągną się przez cały region Vinschgau, do którego dołącza ta dolina na wysokości Meran. Od strony południowej – Oetztal – już chłodniej, już nie ma winnic, ba, jabłonie też niekoniecznie się udają:

Oetztal

Oetztal

Już od dnia 2, kiedy zjeżdżaliśmy z Bikers’ Nest i Wielkiego Dzwonnika, pisałam że coś mi to zjeżdżanie nie tegesi… Z racji na to, że jest to – było, nie było – wyprawa, choć krótka, to jednak jej istotą jest jazda motocyklem. Przez góry, bo takie było założenie. Nie mogłam się wycofać, ba, nie chciałam się wycofać. Od dnia drugiego zaczęłam zatem systematycznie pracować nad techniką jazdy w czasie zjeżdżania, a zwłaszcza w czasie zawracania przy zjeżdżaniu.

Dla tych, co nie jeżdżą: zawrotki mają to do siebie, że są na zboczu góry. Po to są, żeby trawersować drogę na szczyt/przełęcz. Zatem podjeżdżając/zjeżdżając z przełęczy, napotykasz na minimum kilka takich zawrotek (w przypadku Stelvio i kilku innych, Timmesjoch również, jest to kilkadziesiąt), i te zawrotki mają przechył. Wiem że piszę o oczywistościach, ale dla mnie zjazd z jednoczesnym pochylaniem maszynki i patrzeniem w dół („A, ja w dół zjeeeeżdżaaam”) było – co tu kryć – trudne. Dopiero z pomocą Pana Kikima doszłam, dlaczego.

W grę wchodzą, jak niemal zawsze – złe nawyki. W tym wypadku były to złe nawyki z jazdy rowerem górskim po górach, skądinąd dobre dla roweru górskiego, i ratujace mnie nieraz przed opresją. W przypadku Szarloty – zgubne. Jadąc w dół, odruchowo usztywniałam ręce, przesuwałam się na tył siedzenia, słowem – tak się spinałam, że o pochylaniu czegokolwiek w zakręcie w dół mowy być nie mogło. Efekt – redukcja prędkości do niemal zera, przetaczanie się po zawrotce, i maksymalne wkurzenie tych z tyłu, którzy akurat wyprzedzić nie mogli. Dotyczy to też – o ironio losu – aut.

I to znowu z pomocą przyszły interkomy, jak również niezrównany i niedoceniony talent Pana Kikima do uczenia ludzi. Pomału, pomału, różnymi metodami, pomagał mi jadąc z tyłu (i rezygnując z przyjemności zjeżdżania – nasza grupa na przełęcze wjeżdżała i zjeżdżała osobno, każdy swoim tempem), i doprowadzał do tego że przed każdym zakrętem w dół starałam się maksymalnie rozluźnić barki, ręce i puścić w końcu hamulce.

Metody były przeróżne: „Teraz puść lewą rękę… ok, teraz prawą, prawą, uwierz mi, motocykl sam pojedzie, z górki masz łatwiej bo hamuje silnikiem, nie musisz trzymać manetki…. i co, widzisz, toczy się? To w zakręcie będzie tak samo. W zakręcie teraz…. dohamuj….. puść hamulec, puść lewą rękę – na bok, niepotrzebna Ci” „!!! piszczę w przestraszeniu”, „nic Ci nie będzie, puszczaj”, „ok, pochylasz Szarlotę, prawa ręka prosta, przeciwskręt i maksymalnie ciało po przeciwnej stronie niż pochylony motocykl”. „I co?” „Udało się!!!”

I pozostało tylko ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć do upadłego, żeby z tej wiedzy teoretycznej zrobił się odruch.

Co nastąpiło, i się udało, w części dalszej wyprawy. Ale juz przy zjeździe ze Stelvio do Bormio zaczęłam mieć frajdę ze zjeżdżania, przy zjeździe z Timmelsjoch coraz lepiej, choć wciąż spinka, i dalej w Dolomitach… było już ok.

Dzień skończyliśmy JauferPass po raz drugi (zjazd – pikuś, ha!), i eksploracją Sarntal, przepiękną doliną w Tyrolu Połudnowym, kilkanaście kilometrów przed Bozen/Bolzano, i znakomitą bazą wypadową … w Dolomity właśnie.

Bowiem tak, zmieniliśmy trasę wyprawy. Postanowiliśmy dłużej zostać na miejscu, ale w miejscu nowym, jeszcze nie eksplorowanym przez nas – Dolomitach.

I warto było, o czym niebawem.

Tagi: , ,