Wczorajszy dzień upłynął pod hasłem: dojazd.

sniadanko!

sniadanko!

Planistą i organizatorem podróży jest Pan Kikim, i on to stwierdził że spokojnie wszyscy uczestnicy wycieczki przejadą te 760 km lub ciut więcej, to ciut to jakieś 100…. To dużo, zwłaszcza dla jednej spośród nas, ale i dla wszystkich dużo jeżdżących jasne jest, że to bardzo męczące i ambitne zadanie.

Ambitność polega na tym, żeby ten najbardziej męczący, „przelotowy” odcinek pokonać za jednym zamachem, i od następnego dnia cieszyć się już urokami przedgórza Alp.

Udało się, jesteśmy w Puchberg, w Pension Triebl, w którym Pan Kikim z Towarzyszem nocowali ubiegłego roku.

Ale szereg zjawisk w trakcie tego dnia mógł spowodować, że ostatecznie przenocowalibyśmy gdzieś na granicy czesko-austriackiej, jakieś 150 km wcześniej.

Dolot to rzecz poważna :-). Pan Kikim i D, obaj na Suzuki V-Strom, maszynach stworzonych min do długiej i wygodnej jazdy, zabezpieczeni przed wiatrem i odciskami pośladków, z wygodną pozycją na nogi i stopy, zatem obaj Panowie to sobie mogli tak jechać, za przeproszeniem, i na Grossglocknerstrasse, i całą noc też, bo reflektory mają obie maszyny takie że wymiatają całą drogę.

Osobna rzecz, że M siedząca z D na tymże V-Stromie też po 500 km miękkością siedzenia nie była zachwycona. Twardą babką będąc, dzielnie znosiła trudy podróży.

Ale ja i MM, na sporych ale jednak małych Hondach, bez owiewek, bez szóstego biegu, z inną pozycją jeźdźca i dużo mniejszym doświadczeniem  – to już była inna para kaloszy, znaczy, gum.

Kolejna rzecz to nieplanowane postoje:. Wyruszyliśmy o czasie, pierwszy postój na śniadanko, jedziemy w szyku i coraz fajniej nam idzie, interkomy się zgrywają lub trochę nie chcą się zgrywać ale ogólnie gadamy w czasie jazdy, a tu nagle Pan Kikim czuje że motocykl zaczyna go nosić. Na Orlenie w Siewierzu okazuje się że jest flak. Na początku nie możemy znaleźć usterki i myślimy że to wentyl popuścił, ale po dopuszczeniu powietrza dziura się okazała spora. Ostatecznie wulkanizację robiącą motocykle znaleźliśmy w Dąbrowie Górniczej (Dąbrowa Górnicza, ul. Szosowa 20 obok CPN-u, Inter-Vulkanisier), i szczerze polecam ten zakład bo chłopaki się sprawili na medal: kołkowanie, wywarzenie, wszystko szybko i profesjonalnie, jeszcze obiad zdążyliśmy zjeść u Pani Zosi. Ale kosztowało nas to prawie 3 godziny. Już w tym momencie stwierdziliśmy że jak dojedziemy to dobrze, jak nie to też dobrze, bo czekała nas jeszcze podróż do granicy czeskiej, przez Czechy, no i przez Austrię… mogło się nie udać.

No i to zmęczenie materiału.

Rok temu identyczną poza ostatnimi 50 km trasę przejechałam, z duszą na ramieniu że sobie nie poradzę, ruszając naprawdę bladym świtem, robiąc po drodze masę błędów i jak osioł upierając się że jadę sama (dzięki Mg nie jechałam w końcu sama, ale to inna bajka i zawsze będę mu za to wdzięczna). Dzięki temu mogłam tym razem się upierać co do pewnych rozwiązań:

1.Najważniejszą rzeczą która mi pomogła to częste postoje. Przy prędkościach przelotowych na autostradzie  oznaczało to postój co około 100 – 150 km. Nawodnienie, najedzenie energetyczne, rozprostowanie czterech liter, kręgosłupa, kolan, rąk, dłoni, barku, co tam jeszcze do rozprostowania – to rzecz niezbędna jak się ma motocykl który nie jest tak wygodny jak Kikim. Ale nawet jeśli jest – taki postój to oderwanie od drogi, możliwość zebrania myśli, ułatwia skupienie na dalszym odcinku, regeneruje siły. Rzecz niezbędna!

I nie, nie można wszystkich postojów skumulować w jeden, za to po 400 km. To tak nie działa.

Tu pomaga fakt, że Szarlota w najlepszych porywach przejedzie na jeden raz 200 – 230 km. Na każdym takim postoju dotankowywałam, żeby na pusto nie stać :-)

2. Jak wyżej. Postoje i nawodnienie na postoju.

3. Na autostradach pałujemy. Czas to zmęczenie. Im dłużej jedziemy, tym bardziej jesteśmy zmęczeni. Im szybciej jedziemy, tym krócej, zatem mniej zmęczenia. Wczorajszy dzień z powodu gumy  Pana Kikima był i długi, i męczący, ale właśnie dlatego wybieramy na dojazdy szybsze trasy, żeby taką ewentualność móc jeszcze „przewidzieć”.

4. interkomy.

Serio, nie wiem jak mogłam jeździć bez kontaktu paszczowego z Panem Kikimem jeszcze rok temu? Toż to ogromna frajda móc w końcu pogadać z Mężem. Motocykliści – młodzi rodzice docenią tu również fakt, iż – nareszcie – nie przerywają tej rozmowy Ukochane Dzieci.

A do tego jeszcze spięcie interkomów w kilkuosobową grupę – wspaniale zgrywa,  podróż szybciej mija, inna jazda po prostu.

5. reflektor i jazda po ciemku

W momencie ostatniego, najostatniusiejszego zjazdu z autostrady w Pana Kikima weszło COŚ. Ostatn odcinek był już górski. Nie przesadnie, ale winkle były, i zakręty, i zapach rzeczki płynącej w dolinie, spore obniżenie temperatury (po 35 stopniach ufff w końcu tylko 20), księżyc nad doliną, zapach lasu…. po stylu jazdy widziałam, że Pan Kikim jest w swoim żywiole.

Niestety nie było nam dane zobaczyć widoków w tej dolinie, ani zjazdu, bo przejeżdżaliśmy przez jedną małą przełęcz, a to z powodu ciemności egipskich.

Zmęczenie tu mi mocno dawało się we znaki, i jeden raz bym wjechała w zakręt czyli w bandę winkla, gdyby Pan Kikim nie zasygnalizował mi awaryjnymi że coś jest na rzeczy i mam się rozbudzić.

A ten winkiel był mi kiepsko widoczny gdyż: kiepsko widzę po ciemku, oraz: mój reflektor to jest lampka nocna. Prędzej widziałam trasę w światłach Pana Kikima i reszty motocykli za mną, niż w swoich.

I to jest dla mnie nauczyka żeby w końcu zmienić tę lampę na Lampę.

Ale jazda po nocy w tych dolinach była …. teraz, po nocy w ciepłym łóżeczku, mogę powiedzieć ze była fajna :-)

Dziś przed nami – zwiedzanie gór i zabytków!

Miłego dnia!

 

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>