Motocyklem w podróż można wyruszyć i odbyć ją na wiele sposobów. To jak jedziemy, z kim i kiedy jest wypadkową naszych przyzwyczajeń, marzeń, nastroju a także możliwości, umiejętności, czasu i wielu innych czynników. Ten wyjazd można nazwać męskim wypadem, nie zasługuje na określenia „wyprawa” czy „zwiedzanie”… Nie tym razem. Teraz chodzi o jazdę, samą w sobie. O pokonywanie zakrętów, unikanie dziur, smakowanie pyłu w zębach i walkę z narastającym zmęczeniem. Nie zwiedzamy. Nie nagrywamy filmów drogi. Nie poznajemy życia tubylców. Po prostu jedziemy. To taki nasz specyficzny moment zakończenia wakacji. Cztery dni fantastycznej jazdy bez poczucia winy. I jak na razie wychodzi nam znakomicie!

Mamy za sobą półtora dnia podróży od opuszczenia Warszawy. Wczoraj, pod pochmurnym niebem dociągnęliśmy do Krosna. W ciemnościach zajechaliśmy pod hotel o wdzięcznej nazwie „Miły”. Sen przyszedł szybko,  pomimo chrapania i poskrzypywania łóżek w niewielkim pokoju.

 

Mateusz o poranku

Ranek przywitał nas pochmurnym niebem i 15 stopniami na termometrze. Po sutym i smacznym śniadaniu ruszyliśmy w kierunku granicy. Słowacja dodała 10 stopni do temperatury powietrza i zaczęliśmy sie rozbierać. Przejazd zazwyczaj dość nudny tym razem odmieniły wszechobecne roboty drogowe. Gdyby jechać samochodem i za każdym razem stać na końcu kolejki byłoby to irytujące. My korzystaliśmy z mobilności motocykli i utrudnienia nie były zbyt dotkliwe.

Na Węgrzech było już 30 stopni. Widoki ciekawe jak książka telefoniczna. Bezkresne, płaskie pola, drogi proste jak struna. Jedyna korzyść to mały ruch i szybkie tempo jazdy. Tuż przed Rumuńską granicą odwiedziliśmy znany nam już zajazd Csarda. Kuchnia typowo węgierska, potrawy o wyraźnym, dominującym smaku, zjedzone przy wspomnieniach z minionego sezonu to był bardzo miły przerywnik.

Wkrótce po tym granica Rumuńska, kontrola dokumentów i jesteśmy w innym świecie. Tym razem jakoś mocniej, może z powodu długiego pobytu w Austrii, odczuwałem bałagan i zamieszanie na drogach. Trzeba sie szybko dopasować do tego pozornie niezorgazniowanego ruchu i zacząć jechać tak jak autochtoni. Wtedy jakoś idzie przeżyć… Tu też wszystko rozkopane, ale trudno oprzeć sie wrażeniu ze ekipy snującej sie przy wykopach czekają na jakąś nadprzyrodzoną interwencję. Droga z Oradei do Devy wciąż rozkopana i poprzecinana dziesiątkami mijanek. Walimy bez zastanowienia. Na czerwonym i na zielonym. Jakoś to działa i poruszamy sie szybko i sprawnie, momentami niknąc w tumanach kurzu wzniecanego przejazdem po terenie budowy. Nikt specjalnie nie protestuje. Tutejszy ruch ma niezwykłą skłonność do absorbowania takich dziwnych zachowań i dostosowuje sie bez sprzeciwów. To daje nam szanse na niezakłócony dojazd do miejscowości Stei za którą odbijamy w góry Bihor.  Wreszcie!

 Droga, którą pamiętamy z poprzednich wyjazdów jest dzis w opłakanym stanie. Zwłaszcza w niższych partiach gór dziury są jak leje po bombach. Wymagają skupienia uwagi i przedziwnych manewrów zamiast spokojnego składania sie w zakrętach. Wyżej jest lepiej. Można podziwiać dzikie krajobrazy, roztarczajace się w krótkich przecinkach pomiędzy drzewami i zaroślami. Pomimo fatalnej nawierzchni polecam odcinek od Srei do Abrud. To przedsmak tego co czaka na motocyklistę w Karpatach.

Zbliża sie zmierzch. Nasz plan noclegu w pensjonacie La Poci spala na panewce. Brak miejsc. Kolejne, oddalone o kilkanaście kilometrów miejsce znalezione na Booking.com jest zamknięte na głucho. W końcu po kolejnym odcinku nocnej jazdy znajdujemy przydrożny hotel i po niełatwej batalii lingwistycznej z kelnerem-recepcjonistą lądujemy w nieprzytulnych wnętrzach postsocjalistycznego luksusu. Ale to tez jest cześć przygody i dodaje swoistego kolorytu naszemu wypadowi.

A jutro tez jest dzień. Kolejny dzień jazdy :-)

Tagi: , , ,

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>