Notka ta jest kontynuacją ciągu zapoczątkowanego podsumowaniem (no tak, zaczęłam od końca notką Rytuały wypadkowe – podsumowanie).

Ciąg notek może być trochę bardziej ekshibicjonistyczny, niż miałam w zwyczaju pisać dotychczas na blogu, za co przepraszam. Nie ukrywam jednak że są ku temu powody.

Pierwszy z nich to chęć podzielenia się z innymi motocyklistami – czytanie o wypadkach „na sucho” to trening umysłu – nigdy nie wiesz kiedy może się przydać.

Drugi – potrzeba odreagowania – swoista psychoterapia. Niby dobrze się skończyło – tylko złamana noga, ale przez pierwsze 3 dni nie mogłam, nie byłam w stanie, wrócić do scen wypadku w pamięci inaczej niż brutalną przemocą sobie narzuconą. A potem kończyło się to płaczem. Serio, spisanie notek na tzw kolanie jeszcze w szpitalu pomogło – objawy minęły jak ręką odjął (ojojo, może jednak złe porównanie, zważywszy na okoliczności…)

 

Mój wypadek to czysta klasyka wynikająca, jak to często bywa, z nakładających się czynników, tworzących mniej lub bardziej skończony rytuał. Pozwolę sobie go tu przedstawić tak, jak mi się on widzi. Jak to bywa – i jest to reguła – im więcej takich  czynników, tym większe prawdopodobieństwo wypadku – jakiegokolwiek.

Czynnik 1. Brak treningu.

Pojechałam w góry już obeznana z Szarlotą i z paroma sytuacjami potencjalnie groźnymi za sobą. Ale gdybym jednak dotrzymała słowa sobie danego i poszła na to doszkalanie u Pro-Motora czy innego Kulika, pewnie bym wyprowadziła moto z tej opresji, i siebie też. Prawda: miałam duuuużo czasu na wyprowadzenie moto z zakrętu, bo błąd był identyczny jak w notce z Kostuchą, tylko że tym razem nie dałam Aniołowi prowadzić. Nawet zakręt w tę samą stronę. Tylko nie było rowu a łąka – miękka, mokra łąka.

Czynnik 2. Okoliczności przyrody.

Lało tamtego czwartku. To miała być ostatnia wycieczka, takie króciutkie bździdło, takie pożegnanie z Alpami, z rozmyślaniem na polanie leśnej, objadaniem się borówkami (ten plan powiódł się zresztą znakomicie), i przejażdżkach tam i z powrotem do niespenetrowanego jeszcze Pitztal.
Do tego momentu wszytko grało. Do końca drogi i wyciągów kolejek górskich na ten największy w Tyrolu lodowiec udało mi się dotrzeć. Już w deszczu. Krótko mówiąc, przesadziłam.

Z cukru nie jestem, ubranie mam, jadę ostrożnie, wiem ze droga w Pitztal obfituje w zakręty ale do Stelvio hoho! im jeszcze brakuje. I rzeczywiście.
Zdjątko pamiątkowe Szarlotce cyknięte (no nie, nie wrzucę go teraz, za duży off-topic..), wracam.
Ale: okoliczności się nie zmieniły. Nadal pada. Nadal jest ślisko. A ja?

Czynnik 3. Wracam do domu, czyli odpuszczam sobie.

Szanowny Prezesie SCC Kochany! Tak jak mówiłeś – w czasie powrotów najwięcej wypadków moto, ale pewnie nie tylko, zdarza się przed samym domem. A ja już myślami wracałam do domu.
Tu muszę uderzyć się w piersi. Trudne i wąskie drogi dopiero przede mną – przez Wenns, Piller, Kauns do Prutz idzie droga przez górę. Są serpentyny. Dlatego pisałam wcześniej że przesadziłam. Sama jazda w deszczu jest ok. Ale jazda po serpentynach – przy czyniku 1, 2 i 3 może właśnie się tak skończyć. Ale czytajcie dalej.
Nie dojeżdżam nawet do tych największych serpentyn, tych których bym się naprawdę bała bo byłyby ostre i z górki. Jadę ostrożnie ale już nie tak czujna, wszak jadę tedy już trzeci raz dzisiaj. Mijam Piller i zakręt w prawo, ok, przed ślepym zakrętem w lewo wyjeżdża kilkoro motocyklistów. Co ja głupia robię? Jeszcze bardziej hamuje na tym mokrym. I wjeżdżam w zakręt zupełnie nie kładąc Szarloty, czyli blisko osi jezdni bo w takiej sytuacji inaczej się nie da skręcić.

Mówiłam że zakręt był ślepy? Motocyklistę z przeciwka widzę dopiero jak idzie prosto na mnie, a ja na niego. Widzę jego gwałtowną reakcję – na szczęście też się bal tego zakrętu i jechał wolno!  - odbijam ciut w prawo, ciągle jednak w zakręcie, muskamy się lusterkami i tu juz tracę panowanie nad sobą, zastępuje Anioła Stróża za sterami Szarloty i dalej! ohooo – prosto w zakręt. Prosto. Nie patrzę za zakręt. Nie pochylam Szarloty. Widzę tylko drewniane ogrodzenie, słupek i wiem, wiem z cała pewnością ze oto właśnie wjeżdżam w niego, oto jak się dzieją wypadki. Tak,właśnie tak mówiono mi ze łamie się nogi, ręce, kręgosłupy i co tam jeszcze – jakby w głowie siedział mały demon raportujący i komentujący rzeczywistość. Bo Anioł Stróż już nie komentował – obraził się? Nikt mi nie wrzasnął do ucha, nie odkleił rąk od kierownicy, nie przechylił głowy. Sama to sobie zrobiłam.

Jakimś cudem udaje się minąć metalowa barierkę, słupek, i ustawić Szarlote bokiem do ogrodzenia – już drewnianego. Nie było śladów hamowania, niczego poza stojąca Szarlota przy ogrodzeniu no i ogrodzeniem, w którym brakowało górnej deski. Deski brakowało, bo złamała ją moja noga, prawa łydka, która tez poszła w rozsypkę.

Ja zaś spadłam impetem wraz z  ogrodzeniem na pochyłość podmokłej łąki, gdzie się przeturlałam i zatrzymawszy sie w końcu po parunastu metrach, zaczęłam płakać z bólu.

I to był koniec wycieczki.

C.d.n.

Tagi: , ,

Odpowiedzi: 2 do wpisu “Rytuały wypadkowe – przyczyna”

  1. [...] to ciąg dalszy notki Rytuały wypadkowe, wiec, Szanowny Czytelniku, jeśli wszedłeś tu znienacka, przeczytaj ją [...]

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>