Jest to ciąg dalszy notki Rytuały wypadkowe, wiec, Szanowny Czytelniku, jeśli wszedłeś tu znienacka, przeczytaj ją najpierw.

Leżę na tej łące, w FuchsMoos, za Piller, w Tyrolu, leżę i płaczę z bólu, złości, rozczarowania i tej strasznej, strasznej pewności, że oto wszystkie plany na najbliższy nieokreślony czas własnie się rozsypały, że nie jestem Panią Swojego Losu ani tym bardziej nikogo innego, że nic nie mogę, a zwłaszcza nie mogę sie poruszać.

Płaczę z samotności bo jestem na tej wycieczce sama, płacze dziecko we mnie za utuleniem i ukojeniem, że wszystko będzie dobrze.

Płaczę, bo wiem, że telefon został na Szarlocie w tankbagu, zamiast być schowany do napoleonki w mojej kurtce, i wiem, że nie wezwę pomocy bo nie doczołgam sie pod górę do Szarloty koło ogrodzenia.

Płaczę, bo czuję jak kości sie przemieszczają w łydce i choć nie boli już bardziej, to jednak nadal cholernie, cholernie boli.

Płaczę, bo wiem, że jestem w szoku i mogę nie czuć innych obrażeń, a te mogą być poważniejsze, i boję się.

Płaczę, bo tego dnia jest moja rocznica Ślubu i wszystko zepsułam.

Płaczę – dziwne – po niemiecku.

W płaczu przepraszam (es tut mir so Leid!!!)- kogo? – po niemiecku.

W końcu płacząc podnoszę głowę – leże juz na boku-brzuchu, a przez ogrodzenie biegnie ktoś w stroju moto i podbiega do mnie. Nic nie mogę, leżę i płaczę i przepraszam (es tut mir so Leid!!!) , czekam.

Podbiega, nachyla sie do twarzy, widzę przerażenie:
- mówisz po niemiecku?
- tak (ulga na twarzy bruneta)
- jak Ci na imię? Co cię boli?
- noga. Łydka. Złamana. Musisz przynieść mój telefon!
- słuchaj, czy jesteś sama?
- przynieś mój telefon! Muszę zadzwonić do męża!
- czy jest jeszcze ktoś z Tobą? Czy byłaś sama?

Tumult wokół. Kolejni ludzie, wołają:
jest sama? To Polka! Ale gada po naszemu (tyrolski ciężki akcent)! Taaa? Uff, super, przytomna? Tak, gada? Moze po angielsku? Kto zna angielski?

- nie!!! Mówię po niemiecku! Ale nie rozumiem tyrolskiego! Dajcie telefon!
- spoko, Mała, będziemy mówili w hochdeutsch, nie bój nic!- kolejna osoba gdzieś za mną.
- gdzie masz telefon?
- w tankbagu! Gdzie motocykl? – i do pierwszej osoby która do mnie przybiegła, bruneta w moim wieku – nic ci nie zrobiłam? Nic ci nie jest? Czy komuś się coś stało???? Cały czas płaczę.

Brunet chwyta moją dłoń i mówi powoli: – nic mi się nie stało, nic się nikomu nie stało poza tobą. Spokojnie. Dzwonimy po karetkę, wokół ciebie jest już dużo ludzi. Spokojnie. Nie jesteś sama, słyszysz mnie dobrze? Czy rozumiesz?

Co on sie tak pyta jak idiotki, zastanawiam sie między spazmami płaczu, czy ja niewyraźnie mówię? I znowu w ryk (es tut mir soooo Leid!!!)

- brauchscht nischt zu weinen, das passt! Es isch naess!! Znowu ciężki tyrolski akcent- nie płacz, to sie zdarza, jest mokro.
- czy rozumiesz co mówię? Brunet. – z motocyklem jest ok…
- kluczyki??? – są w motocyklu. Gdzie są Twoje dokumenty? – mam! Ktoś woła z tyłu – są w torbie moto! Paszport i telefon! Tumult, tylko go słyszę, bo nie widzę – wciąż leżę tak jak upadłam, na boku, głowa na prawo, widzę tylko bruneta i jeszcze jednego motocyklistę. Nie chcę, nie mogę sie ruszać.
- tu masz telefon. Zadzwoń do męża. Może po karetkę?
- i tu, i tu!
- jak zdjąć jej kask? Tu nacisnąć Nie! Tam! Nie – przez głowę!
Przytomnieję na te głosy, żeby mi karku nie skręcili, sama zdejmuję kask, ktoś go natychmiast zabiera, zdejmuje mi ktoś rekawiczkę, wpycha telefon do ręki, trawa jest mokra i miękka, ręce mi sie trzęsą, wciąż siąpi ale nie jestem tego świadoma.

- dzwoni do męża! Dzwoni do męża! – a gdzie on? Daleko? – w Pfunds! Wołam ja, tymczasem telefon mój już dzwoni wykręcając numer.

Kiedyś tak, dawno temu, też dzwoniłam po wypadku, i teraz przez moment przychodzi mi do głowy zupełnie abstrakcyjny pomysł żeby zrobić groteskowy dowcip Ukochanemu i zacząć rozmowę tak jak wtedy….

Co to da? Poważnieję i relacjonuję przez telefon co mi jest i gdzie jestem. Chwilę zajmuje zanim sie rozumiemy, wokół mnie i nade mną zbiegowisko, ludzie krzyczą i dyskutują miedzy sobą tak, że ledwo słyszę Pana Kikima. W końcu rozumie gdzie jestem, kończymy rozmowę, siły mnie opuszczają i jest mi wszystko jedno, czy tusz do rzęs i kredka właśnie sie rozpuszczają po moim policzku razem z łzami, i czy ratownicy bedą musieli ciąć but bo czuję jak noga puchnie.

Cały czas tumult, nowe twarze przede mną, ktoś mnie chwyta za rękę, kobieta, Tyrolka:
- A….? Jestem Gabi, jestem pielęgniarką w Zams. Pomoc jest w drodze, wezwaliśmy karetkę, rozumiesz? Mówi nade mną w gwarze, ale rozumiem ją doskonale. – przykryjcie ją! – trzęsie sie, zimno jej! – nie, jest w szoku! Rzeczywiście, nie jestem niemal już w stanie mówić, tak mną trzęsą drgawki. Ktoś kładzie przy mojej głowie koc, układają mi głowę nań, ktoś okrywa kurtkami, pledami, czym? Nie wiem. Trzęsę się.

I gdzieś tam, głęboko, demon analizuje:

To objaw szoku. Uczyłaś się o tym. Będzie karetka. Rozmawiają z tobą jak z idiotką bo nie mogą być pewni czy wiesz co mówisz , czy jesteś przytomna. Uczyłaś się o tym. To dobrzy ludzie. Motocyklowi nic się nie stało. Dobrze że mówisz po niemiecku. Wszystko zepsułaś [to była jędza!]. Będzie karetka. Boli noga. Noga sie zagoi. Mogłaś skręcić kark. Mogłaś wogóle nie jechać. Mogłaśmogłaśmogłaś lepiej wziąć ten zakręt. Mogłaś. Ile już czasu minęło? Kiedy przyjedzie Pan Kikim?

Niepokoi mnie to ostatnie tak bardzo, że wybudzam się z takiego tępego stanu i pierwszej osobie którą widzę – oprócz bruneta jest jeszcze inna osoba przed moją twarzą – starsza kobieta o dziwnym akcencie – mówię natarczywie: – dajcie znać mojemu mężowi gdzie jestem! Przyjedzie takimatakim samochodem, jedzie z Pfunds, nie będzie szybciej niż za 45 minut! Dajcie mu znać!
Znowu tumult- z Pfunds jedzie! - to ona sama jechała (ktoś nowy)? -tak, jej mąż juz jedzie – na wakacjach tu są – dziś miał być ostatni wypad (nawet nie wiem kiedy zdążyłam i komu o tym opowiedzieć, może w tym płaczu?) – ale z Pfunds to sie jedzie! Będzie tu za 3 kwadranse!
- no właśnie! Potwierdzam energicznie i padam na ciepły koc ponownie.

Kobieta koło bruneta tymczasem nachyla się nade mną i jako kolejna osoba mówi:
- wolisz mówić po angielsku? Moja córka zna polski, mogę po nią zadzwonić, chcesz?
- nie, dziękuję, dass ist sehr Lieb, ale mój mąż nie mówi po niemiecku!!
- nie martw nic (tak powiedziała!) ja też nie jestem Niemką. Mówię po angielsku, niemiecku i francusku. Jestem z Belgii. To moja łąka- mówi z ciepłym uśmiechem.
Nie wiem czy to szok, ale bawi mnie to przeogromnie:
- a-a-a co ty robisz w Ty-y-y-yrolu??? Śmieję się (i ryczę na przemian), śmiejemy sie obie, pielęgniarka za mną wciąż trzyma mnie za rękę i też się śmieje i mówi tym ciężkim akcentem – masz przygodę w Alpach kochana! Nie zapomnisz o nas tak łatwo!

A kobieta z Belgii – Jenny, mówi tymczasem poważniejąc (w tle tumult bo przestawiają Szarlotę, słyszę jak o tym gadają i głupio mi ciut że nie pomyślałam nawet jak bardzo się rozwaliła): – widziałam jak spadałaś, wszystko wytlumaczę Twojemu mężowi, obiecuję Ci! Nic sie nie martw, obiecuje Ci! Pomożemy Ci, obiecuję, słyszysz? – powtarza jak do dziecka. Ton głosu i treść jej przekazu są niezwykle kojące.

Drugi brunet tymczasem przybiega i pokazując mi mój tankbag tłumaczy wolno i wyraźnie:
- tu w środku masz adres gdzie odstawiliśmy twój motocykl. Jest sprawny, słyszysz? Jest ok! Nic nam sie nie stało. To sie zdarza. Das passt! Ta pani to właścicielka tej łąki, zajmie sie Twoim motocyklem. Rozumiesz? Jedziesz do szpitala. Poczekamy na Twojego męża. Wszystko mu przekażemy. Rozumiesz?

Blondynka pielęgniarka potwierdza tymczasem mi znad głowy:
- zaraz tu będzie helikopter!
Ściska moja dłoń: – wszystko będzie dobrze, zobaczysz!

Teraz to mi sie chce już płakać z wdzięczności. Że nie jestem sama. Że ktoś mnie trzyma za rękę, że ktoś wie jak postępować z rannym, wezwano karetkę (a policja przyjechała tak czy siak). Że mówi takie banały, jakie chce zawsze usłyszeć ranny człowiek: że wszystko będzie dobrze.

I nagle huk, ryk, hałas wirników:
Der hubschrauber kommt! Słyszę, ale niestety nie widzę.
Trochę to trwa zanim wyląduje kawałek dalej, gdzie łąka już nie jest stroma, i zanim przed moją twarzą pojawi sie nowa twarz – ratownika.

-Sooooo, A. , wo tut’s denn weh? Gdzie Cię boli?

Ale to fachowiec. Nie przyjmuje moich wyjaśnień, że tylko prawa noga i tylko łydka, sprawdza metodycznie drugą nogę, żebra, pas miednicowy i barkowy i patrzy czy ruszam głową. Słucha mnie, ale nie słyszy. Jego zadaniem jest ocenić mój stan, widzę jak patrzy mi w oczy oceniając źrenice, i słyszę jak pyta ludzi wokół – a na łące jest już tłumek, na drodze stoją motocykle, każdy się zatrzymywał choćby zapytać czy nie może pomóc, dopóki policja nie zablokowała jednego pasa. Ale to za chwilę. W każdym razie ratownik pyta wokół – kto z nią rozmawiał? Kto był na miejscu wypadku? Czy straciła przytomność?
- nieeee – mówię, ale moje zdanie jest tu nieistotne. Zgłasza sie brunet, potwierdzjąc że nie stracili ze mną kontaktu przez ani moment.

Ratownik znów klęka przy mojej twarzy i naradza się z kolegą. Szybko i fachowo robi wkłucie dożylne – a nie jest to u mnie ani prosta, ani szybka sprawa – jednocześnie klarownie informując mnie co i po co robi, i co będzie robił w następnej kolejności. Dostanę lekarstwo na czas transportu. Dostaję nakrycie z folii. Lekarstwo spowoduje że będę śpiąca, ale nie będzie tak bardzo bolało. Ok? Pyta tylko pro forma.

Ulga. Wiem że działają procedury. Ulga. Nic mnie nie obchodzi, odpływam pomału, mogę nareszcie odpocząąąąć….ulga. Mogę spokojnie pochlipać.

Gdzieś w tym odpływaniu wydaje mi sie że widzę Kochaną Twarz. Ale tak ciężko skupić wzrok – czy ja jestem przytomna? To skąd te nosze, jak mnie przełożyli? Nic nie czułam? (pan Kikim opowiadał że tak, był na miejscu, tak, widzieliśmy się, ale już lekarstwo działało więc nie kontaktowałam. Tak, spakowali mnie do takiego kokonu do transportu w taki sposób, że nie musieli mnie podnosić sami. Nie, nie do końca nic nie czułam bo krzyknęłam z bólu w trakcie) Kokon mnie opatulil i zostałam podniesiona i oto już jestem na pokładzie śmigłowca, startujemy i jestem tego świadoma, ale nie mam juz siły być świadoma. Nie mogę dobrze skupić wzroku. Widzę przez ramię/kolano siedzącego przy mnie ratownika widok na jakąś miejscowość z góry , czuję, że powinnam żałować że nie mam nic z tej pierwszej podróży śmigłowcem w życiu, ale nie czuję nic. Powinnam się niepokoić kosztami leczenia – czy lot śmigłowcem jest konieczny? (tak, mówi pan Kikim – droga jechałabyś dobrą godzinę). Ale nie czuję nic. Ulga. Lot trwa może 5 minut – szpital jest dosłownie po drugiej stronie góry .

I oto jestem w izbie przyjęć szpitala w Zams.

C.d.n.

PS Dziękuję wszystkim, którzy byli na miejscu:

- motocyklistom, którzy pierwsi do mnie przybiegli i wezwali dalszą pomoc, i którzy rozmawiali ze mną i przynosili moje rzeczy, którzy pomyśleli o zabezpieczeniu motocykla w najbardziej wspaniały możliwy sposób,

- Gabi, pielęgniarce, ktora mówiła wszystkim co mają robić i trzymała mnie za rękę, i kazała mnie okryć, a miała właśnie wolne po nocnym dyżurze i nie musiała przybiegać.

- Jenny, belgijce , jej sąsiadce, na emeryturze w Tyrolu, która przechowała Szarlotę i pojechała z Panem Kikimem do szpitala, i jeszcze potem wydzwaniała do szpitala upewniając się, czy się dobrze czuję i czy czegoś nie trzeba.

- jej mężowi, który też był na miejscu.

- i wszystkim dobrym ludziom na łące, którzy mnie pocieszali, żartowali ze mną, podnosili mnie na duchu.

- osobie, ktora wezwała karetkę.

Tagi: , , ,

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>