Dzień trzeci

Śniadanie było delikatnie mówiąc oszczędne… Ale kilka minut wytrwałego spacerowania przy ladach i zaciętego kolekcjonerstwa pozwoliło mi najeść się do syta. Szybkie pakowanie, sprawdzenie motocykla i w drogę… Najpierw tankowanie. I pierwsze ciekawe spotkanie. Tuż przede mną tankować zakończyła grupka kilku motocyklistów. Jeden z nich okazał się ratownikiem, który pracuje w USA poruszając się na motocyklu. Żywo zainteresował się moim okogutowanym GS-em. Myślał ze tylko oni na to wpadli? Chwilę wymienialiśmy się uwagami i ciekawostkami. Potem rozjechaliśmy się w różne strony…

Fanzinie opuściłem wspinając się na Sellajoch i zachwycając się widokami jakie można zobaczyć wyłącznie w Dolomitach. Nagie, niezwykle zabarwione skały wyrastają tutaj bezpośrednio z lasu i zasłaniają sobą pół nieba. Przytłaczają ogromem i rzucają gigantyczne cienie w promieniach porannego słońca. Warto to zobaczyć!

Dolomity zapierają dech....

Dolomity zapierają dech….

Odbijając na lewo pojechałem ładną ale dość ruchliwą drogą w kierunku st. Urlich. Na kolejnym rozstaju opuściłem główną drogę prowadząca na autostradę i zagłębiłem sie w niesamowicie malowniczą dolinę. Wijąc sie miedzy pionowymi skałami tonęła w zieleni. Doprowadziła mnie do rozjazdu na którym znaki i nawigacja kierują w lewo do Bolzano. Ja miałem inny plan. Niezwykle stromą i krętą drogą wjechałem powyżej miejscowości Barbian. Każdemu polecam ten odcinek, finalnie i tak prowadzący do Bolzano. Zamiast jechać nudnym i ruchliwym dnem doliny, przez kilkadziesiąt minut jedzie się spacerowym tempem drożyną trawersującą przez pola i lasy. Droga ma momentami półtora metra szerokości ale jest bez problemu przejezdna dla motocykli i samochodów osobowych. To odcinek którego piękna nie da się łatwo zapomnieć.

Dosłownie na moment trzeba zjechać do Bolzano z jego korkami, skuterami i upałem. Jeśli przestawi się nawigacje na trasę krótką i wbije punkt na krętej drodze na północ od miasta – nie będzie się żałować. Wyjazd z Bolzano prowadzi prosto w góry, zyskując wysokość spiralą w połowie wiszącą nad doliną a w połowie zagłębioną w tunelu. Jeśli dodać do tego gigantyczny wodospad pośrodku to ma się ochotę jeździć tam i z powrotem…

IMG_2462

Dalej droga w kierunku Merano prowadzi podobnymi trawersami jak przed Bolzano, jest jednak bardziej kręta i szersza. Do samego miasta jazda to czysta przyjemność.

Dotąd nie wymyśliłem nic co pozwoliłoby ominąć drogę dnem doliny pomiędzy Merano a wlotem na Stelvio. Ładnie położona, otoczona winnicami i małymi miasteczkami droga jest ruchliwa i dość powolna. Na tym odcinku szczególnie odczuwałem 35 stopni jakie lało się z nieba. Cierpliwość w końcu doczekała się nagrody i mogłem skręcić w dolinę prowadzącą na Stelvio.

Wjazd na Stelvio

Wjazd na Stelvio od jedynej słusznej strony

Wjazd na tą jedna z najbardziej znanych alpejskich przełęczy już opisywaliśmy – tu i tu oraz tu i jeszcze tu więcej zdjęć. Tym razem niezwykła była tylko pustka jaka panowała na całym podjeździe. Spotkałem może z dziesięciu motocyklistów jadących w przeciwną stronę… Na przełęczy skosztowałem bułki z mięchem on ogorzałego Włocha. Dała się zjeść a w porównaniu z wczorajszym spaghetti to był niemal rarytas. No i kosztowała trzy razy mniej…

Widok z przełęczy Stelivio

Widok z przełęczy Stelivio – był już, ale będzie raz jeszcze. Do tego widoku naprawdę ciężko się przyzwyczaić….

Od zapoznanych na przełęczy Niemców dowiedziałem się że zjazd do Bormio jest zamknięty. Pozostał mi więc tylko zjazd przez przełęcz Umbrail do Szwajcarii. Był spokojny, prowadzący malowniczymi zakosami po gładkim asfalcie. Po dojechaniu do głównej drogi pozostała tylko leniwa jazda przez park narodowy w kierunku Zernez.

Od Zernez zmagałem się z silnym przeciwnym wiatrem oraz niezliczonymi mijankami. Wszędzie naprawiają drogi. Szło wolno i nawet podziwianie szalejących w dzikim wietrze zagłówek nie pomagało. Wiatr ucichł dopiero za przełęczą Maloja. Zapadła cisza jak nożem uciął.
Trasą tą jechałem dotąd tylko raz, jakieś sześć lat temu. Nie wiem jakim cudem nie zauważyłem wtedy gigantycznej zapory położonej wysoko nad doliną. Spiętrza ona rzekę Albigna tworząc Albignasee. Nie znalazłem żadnego dojazdu na mapie a szkoda bo obiekt jest niesamowity i trzeba mocno zadzierać głowę aby go w całości zobaczyć.

Po pokonaniu kilkudziesięciu serpentyn i zajechaniu dobre 600 m niżej wróciłem do Włoch. Odetchnąłem nieco – drakońskie kary za najmniejsze przekroczenia prędkości w Szwajcarii mocno mnie stresują. W Chiavennie odbijam w prawo i czas na wisienkę na torcie – podjazd na Monte Spluga. To droga, której na moje niefachowe oko po prostu nie powinno tam być. Pionowe skały, setki metrów ekspozycji i totalny brak miejsca na cokolwiek o droczenia nie wspomniawszy. A jednak zrobili tam drogę serpentyny wykuwając w tunelach lub wystawiając na doklejanych do skały estakadach. Mój lęk wysokości wystartował na wyścigi z klaustrofobią. Zawijki w tunelu a jak już się złamiesz to widzisz pod sobą przepaść. Odlot! A miejscowi poginają tamtędy jakby to była Marszałkowska…

Takie tam widoczki ... a jednak.

Takie tam widoczki … a jednak.

W końcu dotarłem do hotelu, którym okazał sie być uroczy domek tak schludny i czysty że aż strach czegoś dotknąć żeby nie zapaskudzić. Idę więc podotykać i zrobić sobie herbaty…

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>