Tak, rzeczywiście po zawrotkach na Stelvio te 20 czy coś zawrotek na passo di Rombo nie robi już aż takiego wrażenia.

Ale od początku.

Trasa, którą wczoraj jechałam, jest na mapce poniżej (otwiera się po kliknięciu w obrazek), i bardzo ją polecam z dwóch powodów:

 

Pfunds - Merano - Rombo -Soelden - Oetz - Kauns - Pfunds

Pfunds – Merano – Rombo -Soelden – Oetz – Kauns – Pfunds

 

Pierwszy powód: różnorodność. Dojazd z Pfunds – Merano to iście kruzerowa trasa, z kilkoma agraweczkami na początku.  Do samego skrętu na Prato jest to trasa identyczna jak opisana w notkach poprzednich – mojej i pana Kikima. Potem zaś droga wiedzie na Merano, a dolina od przełęczy Reschen rozwija się coraz szerzej. Merano – Oetz to wjazd i zjazd z przełęczy – zawrotki, surowy klimat subniwalny. Oetz – Pfunds – kruzerowa trasa wąską dróżką, w poprzek 2 dolin do Pfunds, malownicza jak Bieszczady a nawet bardziej, bo mimo mniej lub bardziej łagodnych czy ostrych podjazdów i łąk i lasów wokół – znów – surowe szczyty Alp przypominają że to nie Bieszczady, o nie!

Drugi powód: jest akurat technicznie :-).

Najtrudniejszy jest odcinek Meran – passo Rombo, a w zasadzie San Leonardo in Passiria – passo Rombo.  Zawrotki jednak są ciut-ciut szersze niż na Stelvio :-). Natomiast sam dojazd Pfunds – Merano i Soelden- Pfunds to piękne trasy, cudne winkle, dwoma a w zasadzie 3 dolinami jeśli liczyć dolinę Pfunds.

Sama trasa do Merano jest bardzo ruchliwa, kręta, ale w sposób, by tak rzec, kruzerowy. Wyraźnie czuć zmianę klimatu w porównaniu z Alpami po drugiej stronie Reschen – południowy Tyrol ma już klimat bardziej śródziemnomorski. Na łagodnych stokach widzę winnice i sady, a wokół wysokie szczyty Alp. Tam, gdzie zmierzam, chowają się w chmurach.

Tym razem już spokojnie przemierzałam znaną mi drogę i zdołałam uwiecznić widoczki z jeziora Reschen i Lago della Muta:

okolice Curon Graun

okolice Curon Graun

 

Reschensee - widoki

Reschensee – widoki

 

Lago della Muta

Lago della Muta

 

Pan Kikim mnie już ostrzegał że mogę się z gubić w Merano. To obszar silnie zindustrializowany, Nie mam mapy, mam spisane z Google Maps najważniejsze punkty i nazwy żeby się orientować. Niemniej jak droga robi się drogą ekspresową wpadam w lekką panikę i zjeżdżam na stację benzynową ochłonąć. Próbuję się dowiedzieć jak daleko do możliwości zawrócenia – jestem przekonana że się zgubiłam i zajechałam za daleko, już chcę kupować mapę, gdy miła starsza pani na stacji uspokaja mnie że nienie! Pani się nie boi, do doliny Passiria drugi wyjazd w prawo, potem w lewo, a na drugim rondzie prosto i proszę uważać na znaki drogowe wskazujące na Passiriatal.

No cóż. Włoskiego nie znam, ale to tu nic nie szkodzi. Pani nie mówi po angielsku. Więc jak się dogadałam? Tyrol Południowy – dawny obszar AustroWęgier. Wciąż wszystkie ważniejsze tabliczki i tablice są w dwóch językach – włoskim urzędowym i lokalnym niemieckim, który mimo zniekształcenia gwarowego jest fantastyczny bo na pewno bardziej dla mnie od włoskiego zrozumiały. To pierwsza obserwacja. Druga – dopiero po chwili, ale zaskakująca. To była stacja sieciówki. Pani miała wyraz „właścicielka” wypisany na całej szacownej osobie. Nie pierwszy tu już raz to widzę – średnia wieku jest zdecydowanie wyższa niż na przeciętnej stacji benzynowej w Polsce. I jakoś fajnie z tym. Jak do tej pory, przy tych kilku tankowaniach, zazwyczaj choć parę zdań udaje mi się zamienić z kimkolwiek z obsługi, a ta obsługa sprawia wrażenie naprawdę „właściciela tematu” a nie obsługi.

Tam właśnie zmierzałam:

Meran - widok z ekspresówki

Meran – widok z ekspresówki

I tak, nie musząc korzystać z nawigacji, mapy i innych tym podobnych wynalazkó, za to przygotowawszy się wcześniej do wycieczki (bo trzeba było wiedzieć jak trasa ma przebiegać, gdzie mam skręcić i na co i co potem tudzież przez jakie miejscowości NIE PRZEJEŻDŻAĆ), uradowana tym przemiłym spotkaniem siadam z powrotem na Szarlotę – i rzeczywiście jest dokładnie jak pani mówiła. Drugi wyjazd, skręt w lewo i już są drogowskazy na Passiriatal – dolinę Passiria – oraz Passo Rombo. Uspokojona mogę już podziwiać drogę.

Droga skręca z Merano i zaczyna się wspinać pod górę, w przyjemny sposób, tak, że jadąc przez miasto 50 km/h mogę podziwiać widoki, winnice, pięknie utrzymane budynki. Na malutkim przystanku autobusowym robię postój przed przełęczą i patrzę sobie:

Stamtąd przyjechałam:

Caunes - w stronę Merano

Caunes – w stronę Merano

 

A tam właśnie zmierzałam.

Caunes - droga do.

Caunes – droga do.

Nawet bez drogowskazów wiedziałabym że dobrze jadę – motocykliści wyprzedzają mnie lub mijają w drodze do i z przełęczy.

I tak się jakoś przyjemnie ta droga wije. Wije się coraz bardziej i bardziej, aż dochodzi do – no właśnie, agrawek, serpentyn czy jak ich zwał. Jest to jednak zdecydowanie mniej uczęszczana droga niż ta na Stelvio, dlatego samochody i campery nie nachodzą mnie z tyłu, motocykliści spokojnie wyprzedzają, a jak trafi się zgrzany tubylec który koniecznie musi na serpentynie nie poczekać to też sobie da radę. Więc nie poganiana przez nikogo jadę sobie pod górę.

No w końcu myśląc, że to już niedługo, pamiętając pi razy oko ilość serpentyn do pokonania, staję sobie przy malutkim barku przydrożnym. W dole szumi rzeka – potok górski. One tu wszystkie są szalone, nie mogą płynąć spokojnie, tylko znerwicowane są, targane bałwanami, masę wody pchają przed siebie i robią wiele hałasu. W Pfunds płynie rzeczułka – rzeka Inn, która normalnie szerokością swoją nie powala. Ale jak płynie! O matko! Rwie, przewala się, huczy, grozi, i to jeszcze zanim przyszły ulewne deszcze w nocy. Po wichurach w nocy rzeka od razu wezbrała tak, że nie poznaliśmy jej dnia następnego. Zaczęłagadać basem normalnie, kolor wody zmienił się z turkusowych bałwanów na brudnobeżowe bałwany (nienie, to się teraz nazywa modnie „mleko z kawą” hehe). Nie wyobrażam sobie jak to musi wyglądać po roztopach. Rzeczka w dole pode mną, w drodze na przełęcz, to młodsza siostra Inn.

Staję sobie więc i patrzę na sąsiedni stok. Las się pomału kończy, zaraz będzie koniec? Choć szkoda, bo droga piękna…

Widok w stronę przełęczy Rombo

Widok w stronę przełęczy Rombo

No właśnie, paczę ja sobie… widzicie na tej górze te kreseczki w poprzek? ja też je zobaczyłam, głównie dzięki punkcikom się po nich przemieszczającym. A więc to nie koniec. Droga mnie tam właśnie prowadzi.

I tak było. Wrzuciłam jedynkę, droga zaraz zawinęła, zakręciła nad doliną na drugi stok i dalej powtórka z rozrywki, kręcić się i wiercić!

Trzeba to jednak podkreslić: jest to znacznie łatwiejsze technicznie, przede wszystkim serpentyny są mocno porozkładane na stoku w przestrzeni.  Zbocze trawersuje się pomału, nadrabiając sporym nachyleniem, przez co szybko nabiera się wysokości nie kręcąc serpentyn. Taki układ drogi jest możliwy dzięki takiej a nie innej budowie samych gór wokół, w przypadku Stelvio nasilenie serpentyn jest dużo większe bo i miejsca na długie trawersy jest mniej.

A tu robię zdjęcie miejsca, z którego robiłam zdjęcie powyżej. A stoję w miejscu, które widać na zdjęciu powyżej :-)

Stamtąd przyjechałam

Stamtąd przyjechałam

Coraz surowsze krajobrazy…

Widok doliny

Widok doliny

A tam jeszcze mnie czeka podjazd….

Widok dalej w dolinę

Widok dalej w dolinę

Na zdjęciu gdzieś tam w blisko lewego dolnego rogu widać skrawek serpentyny… którą tu przyjechałam.

Tu  poniżej widać ich trochę więcej. Blisko szczytu zagęszczją się, ale bez przesady.

 

Widok na serpentynę jedną

Widok na serpentynę jedną

 

Pora ruszać dalej. Ale to już naprawdę blisko. Jeszcze 3 serpentyny, 2 tunele, i po trzecim jestem już na szczycie, pardon, na Passo Rombo, Timmelsjoch, skąd zaczyna się płatna droga widokowa (12 euro za moto). Warto zapłacić, naprawdę. Sama przełęcz jest bardzo surowa. W końcu to 2509 m,  trochę mniej niż Stelvio. Jest też znacznie, znacznie spokojniejsza. Nie ma straganów, tłumów ludzi i motocykli na szczycie, jest wiejący wiatr, owszem, restauracja, ale i schronisko górskie.

Rombo

Rombo

Biegnie tędy min prastary szlak wędrowny, którym można sobie przejść. W krajobrazie iście księżycowym. Wczoraj na przełęczy było cieplutko – jakieś 24 stopnie, ale to nie jest normalne  nawet o tej porze roku. Powinno byc około 3.

Rombo

Rombo

Zmęczona padam sobie na trawkę mizerną, upstrzoną białymi kwiatuszkami, zjadam jajeczko dostarczone bikerce przez mój kochany hotel – patrzę sobie na obłoczki, wiaterek wieje, róg sobie gra… zarz, chwila, że jak? An tak. Najprawdziwszy róg, nie myśliwski, pasterski, tyrolski znaczy. Dzwonceczki obwieściły nadejście łowiecek. Przechodzili sobie tametędy z pasterzem, a  ón grał, ale jak! Dźwięk brzmiał tak, jakby należał do tych gór, niósł się delikatnie, ale nisko…. zauroczona zapomniałam zrobić zdjęcia, kiedy znikli nam z oczu, schodząc znowu w dół.

A sam zjazd… piękny. Bardzo szybko, za szybko, traci się tę wysokość, którą się tak mozolnie nawinęło na koła. Poczułam to zwłaszcza po zatokach, które do wieczora mnie bolały. W ciągu 30 minut zjechać z 2,5 km na 1 km to chyba szybko :-).

Droga już od Soelden nie kręci za bardzo, za to bardzo urokliwa, biegnie wąską doliną która się rozszerza w miarę zjeżdżania w dół. Mijam Umhausen, gdzie jest tzw wioseczka Oetziego – od nazwy Oetz nazwano wszak „człowieka lodu” – Oetzi – którego znaleziono w lodowcu właśnie w tych górach.

Za Oetz skręcam  w lewo, żeby wrócić do domu trasą spacerową, nie Bundesstrasse. Wzdłuż lasów, nad dolną, tak jak opisałam na początku. Ogromnie urokliwa droga w sam raz dla kruzerka :-)

W sumie – 260 km. Zmęczenie dało o sobie znać, mimo że lżejsza trasa od pierwszej to padłam szybciej. Brak wprawy ? Zobaczymy przy 3 wycieczce …

Szerokości!

 Późniejszy apdejt: tutaj jest relacja z tej samej trasy, ale zod strony Kaunertal i Oetztal.  Razem obie notki tworzą jedną całość.

 

 

 

Tagi: , , , , , , , , , ,

Jedna odpowiedź do wpisu “Timmelsjoch, Passo Rombo – mini relacja”

  1. [...] Timmelsjoch, Passo Rombo pisałam już w tej notce. Wtedy podjeżdżałam pod tą mało znaną i stosunkowo mało uczęszczaną przez motocyklistów [...]

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>