….

Kule szpitalne

Kule szpitalne

Kochanych Czytelników proszę o chwilkę cierpliwości. Notki będą, bo naszykowane są jeszcze z czasów Alp.

Nie da się jednak pisać notek bez komputera, a ten postanowił wziąc chorobowe i nijak nie chciał zrozumieć, że chcę pisać. To raz.

Dwa… pierwsze trzy notki pt. „Rytuały wypadkowe”, co tu dużo mówić, były pisane jeszcze w szpitalu. Notatki do notek, znaczy. Na bieżąco.

Po powrocie zdążyłam je wrzucić na bloga, zredagować, komp się rozkrzaczył, a razem z kompem moja noga stwierdziła że już nie ma siły być dzielna i też chce wolne.

Krótko mówiąc, w domowych pieleszach, jak już totalnie wspomnienia wypadku, szpitala, zdażeń, wycieczek, zeszły na plan dalszy, mobilizacja organizmu ustąpiła –  tak jak się położyłam, tak przesypiam większość czasu. Dziękuję za wszystkie słowa otuchy!

Tej mobilizacji szpitalnej nie czułam w Austrii zupełnie. Cieszyłam się, że jest tak wspaniale, jaka hiper-cyber-bajer to ja nie jestem. Od czwartku zwis, dół, blues, a tu wiecie…. rzeczywistość dogania, trzeba się zająć Tatałajstwem które stęsknione, ułożyć życie, noga nie pomaga nic a nic, wręcz bardziej boli. Dopiero w domu po wyjściu ze szpitala zdajesz sobie do końca sprawę, co narobiłaś.

Nie ma tak, że masz guziczek w słuchawce przy łóżku, i Gabi, Bernie, Patrick czy inny Andreas przyjdą i podadzą, pomogą, uspokoją. Nie ma tak, że w łazience jak spadnie Ci kula na podłogę a kolano nie teges, nie zgina się – zmysłami duszy czujesz, słyszysz ten chrzęst śruby wewnątrz – że wciśniesz guziczek przy prysznicu i wyżej wspomniani przylecą, zwłaszcza wtedy przylecą bo pacjent pod prysznicem może sobie większą szkodę zrobić – potencjalnie hehe – niż w łóżku.

Ba! nie ma prysznica, prysznica bez progu i z ładniusim fotelem na kółkach do mycia…. tzn prysznic jest, ale kombo z wanną. Łazienka to pułapka. Schody to pułapka (mimo że Fizjoterapeutyczne Ciacha uczyły chodzić po schodach). Twoje ciało to pułapka! Nie słucha się.  Raz noga nie boli – podświadomie stajesz na niej, bo czujesz się już lepiej. Po takiej akcji na pół dnia leżysz i stękasz z bólu. Innym razem wstajesz – w głowie się kręci, słabo się robi, co jest w cholerę, ile można, to tylko złamanie!

Dom to pułapka.

I wtedy dociera to do Ciebie: Jesteś kaleką.

Dostarczenie zwolnienia – zong. Załatwienie najprostszej sprawy na mieście – zong! Przejście o kulach dystansu 1,5 km do autobusu – nierealne. Jesteś zależna od dobroci innych, i by trafiał szlag gdyby nie to zmęczenie. Ten szlag pewnie jeszcze przede mną. Nie ma usprawnień – w domu – dla inwalidów – nie umyjesz się Kobieto sama. Dobrze że możesz zejść po schodach. Głupie przyniesienie sobie kawy czynnością niemożliwą, zasługującą na dożywotnią wdzięczność dla Basi – pocieszycielki. Zrobienie obiadu – heroizm na siedząco, po którym zmęczenie i sen kojący.

I już zaczynasz sobie wyobrażać jak się czują Kulawi. Oni to mają w standardzie do końca życia.

Szacun. Ja mam tego jakieś parę tygodni.

Uczy pokory.

Plus: moje własne kule, nie te szpitalne ze zdjęcia, mają kolor magenta (taki jak ta kula z prawej dokładnie) …. :-) takich na mieście nie widziałam!

Karin z łóżka 2 śmiała się: „Pamiątka z Tyrolu!”

Fakt.

 

 

Tagi: , , ,

Jedna odpowiedź do wpisu “Wieści z rekonwalescencji po wypadku”

  1. [...] Ok. powtórka. Ja, świeży połamaniec, zdobywam nowe doświadczenia życiowe. Częściowo nie są miłe, ale ubogacające – o czym było w tej notce o byciu kaleką. [...]

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>