Wtorek 17.09.2013

TransalpinaZaraz po przebudzeniu doskoczyłem do okna. Widok zza niego uspokoił mnie błękitem nieba tylko gdzieniegdzie przecinanego porannymi mgłami i niewinnymi pasmami chmur. A wiec prognoza pogody sprawdzana poprzedniego dnia jak na razie sprawdza się w 100%. Dzień zaczęliśmy od śniadania, które wprawiło nas w niemałe zdumienie. Jako że byliśmy pierwszymi głodomorami w restauracji, mogliśmy obserwować rytuał nakrywania do szwedzkiego stołu. Rytuał to dobre słowo jako że donoszenie potraw trwało dłużej niż nasze śniadanie. Skutek był taki że tego dnia w zasadzie zjadłem trzy śniadania… Bo kiedy skończyłem pierwsze podejście zorientowałem się że na stół trafiły jakieś nieznane mi przysmaki, których nie powinienem pominąć. No więc powtórnie wypełniłem swój talerz i wróciłem do stołu. Gdy i tę porcję skończyłem sytuacja powtórzyła się znowu. Po trzecim podejściu poddałem się podobnie jak i reszta. W końcu trzeba było zapakować motki i wyruszyć w najbardziej nieznany nam odcinek trasy – Transalpinę.

Transalpina czyli droga DN67C to najwyżej położona droga Rumunii, która na przełęczy Urdele osiąga wysokość 2145 m n.p.m. Jej historia sięga czasów przed rokiem 1900 gdy w tym miejscu wił się pasterski szlak o wdzięcznej nazwie Poteca Draculi co oznacza „Diabelska ścieżka”. Po 1900 roku ścieżkę tę zaczęli wykorzystywać drwale do transportu drewna pozyskiwanego w górskich lasach. Po pierwszej wojnie wydłużoną ją aż do Novaci ale wciąż była to nieutwardzona trasa wymagająca sporych umiejętności od przemierzających ją kierowców. W ostatnich latach stała się ona mekką offroadowych ekip które ściągały z Europy aby zmierzyć się z trudnościami tej trasy. W roku 2009 ruszyła przebudowa, finansowana z Funduszy Europejskich. Obecnie trasa DN67C, poprowadzona w miejscu dawnej terenowej przeprawy, jest niemal w całości asfaltowa i gwarantuje niezapomniane przeżycia każdemu kto chcę się na nią zapuścić.

Poranek na TransalpinieZ taką świadomością we wtorkowy poranek opuściliśmy hotel i powróciliśmy na nowy asfalt Transalpiny. Po kilku minutach nasz niewielki kurort wypoczynkowy został za nami i rozpoczęliśmy krętą wspinaczkę ku szczytom. Za jednym z zakrętów, niemal bez ostrzeżenia wjechaliśmy w chmurę. Widoczność spadła prawie do zera, kolejne zakręty pokonywaliśmy po omacku wypatrując krawędzi jezdni aby zorientować się w przebiegu drogi. Taka jazda trwała kilkanaście minut wystawiając nasze nerwy na niemałą próbę. Na jednym ze szczytów minęliśmy camping wyłaniający się jak widmo z mgły. Wyobraziłem sobie noc w namiocie przy 3 stopniach i niemal 100% wilgotności. Niezła perspektywa ale jakoś nie żałowałem wybrania ciepłej pościeli i gorącego prysznica… Nieco poniżej campingu nagle wypadliśmy z chmury a naszym oczom ukazały się niezliczone zakręty drogi  i szereg grzbietów pozbawionych roślinności. Krajobraz niesamowity i przytłaczający swoim ogromem. Na jednej z przełęczy zaczęło wiać i to momentami dość mocno. Walcząc z bocznymi podmuchami z pewną ulgą zjechaliśmy w niższe partie drogi osłonięte od wiatru i wolne od zimnych chmur.

Droga płatała figle. Idealny alpejski asfalt potrafił bez uprzedzenia skończyć się gwałtownym uskokiem i zamienić w szuter aby po kilkuset metrach znowu stać się idealnym asfaltem. Miejscami takie terenowe odcinki wymagały od nas kluczenia pomiędzy głębokimi kałużami błota. Czasem progi poszczególnych warstw nawierzchni wymagały jazdy zakosami w celu uniknięcia wywrotki. Ale kilometry mijały a nasz zachwyt widokami i atmosferą trasy rosły. Od rana prawie nikogo nie spotykaliśmy więc niektóre z odcinków pokonywaliśmy w szaleńczym tempie wykorzystując idealny asfalt zakrętów do głębokiego nurkowania w łukach.

Gdzieś na TransalpinieW końcu zanurzyliśmy się w głęboki las doliny której dnem poprowadzono drogę. I wtedy właśnie otrzymaliśmy kolejną lekcję o rumuńskich drogach. Jadący na przedzie Kusz wchodząc w ciasny prawy  zakręt zdążył wykrzyczeć w interkom pierwsze słowa ostrzeżenia i zniknął za skalną ścianą, która stłumiła resztę przekazu. Obaj z Żabą nie wiedząc czego się spodziewać daliśmy ostro po hamulcach zanim na dobre zbliżyliśmy się do zakrętu. Pochylając motocykl już podejrzewałem o co chodzi. Poczułem silny zapach oleju czy nafty rozchodzący się pewnie po całej okolicy.  Koła zaczęły gwałtownymi szarpnięciami tracić przyczepność . Zrozumiałem że jadę po krawędzi ogromnej czarnej plamy oleju rozlanej na większej części zakrętu. Dzięki ostrzeżeniu Kusza obaj z Żabą uniknęliśmy wjechania w jej środek i manewrując wciąż na za dużej prędkości  zeszliśmy z jej krawędzi na czysty asfalt. Misiek pozbawiony ostrzeżenia wparował w nią szerokim łukiem trąc kontrole nad trajektorią skrętu. W mgnieniu oka wyniosło go na zewnątrz zakrętu ale ku naszemu zdziwieniu utrzymał się w siodle i nie zaliczył trafienia w betonową bandę po zewnętrznej zakrętu. Po dłuższej chwili balansowania odzyskał kontrolę nad motkiem i wrócił na naszą stronę jezdni. Myślę że jego Anioł Stróż miał w tym momencie pełne ręce roboty.

Po opuszczeniu malowniczych i pełnych niespodzianek dolin wyjechaliśmy na krajową „jedynkę”. Upał zrobił się niemożliwy a o szybszej jeździe mogliśmy zapomnieć. Szosa zapchana była tak jakby wszyscy kierowcy Rumunii i okolic wybrali się właśnie w drogę do granicy. Po kilkunastu kilometrach daliśmy sobie spokój. To ma być przyjemność a nie katorga. Po analizie map postanowiliśmy nadłożyć nieco drogi i pojechać przez kręte szosy Parku Narodowego Apuseni. Niewiele o nim wiedzieliśmy ale z mapy obszar ten wyglądał obiecująco. Założyliśmy że kręcenie górskich winkli opóźni nasz przejazd ale jakoś do domu nikomu się nie spieszyło… Stracony czas nadgonimy przecież na przelocie przez Słowację i Polskę a teraz cieszmy się wakacyjną pogodą.

Na trasieZmiana marszruty okazałą się bardzo trafioną decyzją. Jechaliśmy sami, przez przepiękne okolice sycąc oczy widokami zalesionych zboczy i pagórków. Gdy w szerokiej dolinie napotkaliśmy małe miasteczko – rozpoczęliśmy poszukiwania obiadu. Pierwsze próby spełzły na niczym – trafiliśmy bowiem na jakąś lokalną imprezę rozkręconą na wielką skalę. Orkiestry, przemówienia, tłumy, balony… Poddaliśmy się już na etapie poszukiwania parkingu. Jadąc dalej nie trafiliśmy na nic godnego uwagi niemal do samego końca doliny. Ale tam czekał na nas odpowiednik znanych nam z Polski „sal weselnych”. Przedziwny obiekt o powierzchni hali magazynowej, choć wewnątrz niezbyt przytulny okazał się atrakcją pod względem kulinarnych doznań. Mieliśmy wprawdzie dziwne wrażanie że kuchnie odpalili specjalnie dla nas ale dostaliśmy tak wyborne jedzenie że objedzeni opuściliśmy ten przybytek pozostawiając naprawdę solidny napiwek.

Jako że uważnie śledziłem pogodowe prognozy wiedziałem że tego dnia nie unikniemy jazdy w deszczu a moment wjechania pod chmury nadciagającego frontu zbliżał się nieubłaganie. Po niecałej godzinie jazdy ciężkie chmury zawisły nad doliną a na szyby kasków spadły pierwsze krople deszczu. Zarządziłem zakładanie p-deszczy co spotkało się ze zdecydowanym protestem Miśka. Z uporem tłumaczył nam  że za górą się przejaśnia, że jest za gorąco i że w ogóle nie ma to sensu.  My dalej swoje i po chwili pod faktycznie przecierającym się niebem stało trzech gości ubranych jak na nurkowanie i jeden patrzący na nich jak na wariatów. Po ruszeniu postanowiliśmy że będzie to kolejna lekcja dla Miśka którą można streścić następująco: jak się trzech gości do czegoś szykuje to może warto założyć że wiedzą coś czego ja nie wiem. Pierwszy kwadrans czułem się nieco niepewnie bo faktycznie wyszło słońce i wyglądało na to że jesteśmy ostatnie przemądrzałe kołki. Za kolejnym zakrętem przyszło wybawienie z tej niewygodnej sytuacji – ściana deszczu, który w kilka minut zmoczył nasze kombinezony i motocykle. Misiek przyjął to z godnością mając pewnie nadzieję że kolejna przełęcz udowodni jego tezę o przelotności opadów. Nie udowodniła. Mijały kwadranse a deszcz raz to wzmagał się raz to słabł ale przestać padać nie zamierzał.  Żal mi było Miśka którego tekstylia walczyły z deszczem ale wynik tej walki był przesądzony. Ostatnie zdjecie wyprawyWjechaliśmy w wyższe parte ostatniego zaplanowanego na ten dzień pasma gór. Deszcz nie ustawał a do tego zrobiło się zimno. Na zjeździe chłód był już przejmujący, manetki grzały niemal z maksymalną mocą a misiek zaczął dawać rozpaczliwe sygnały klaksonem i światłami że ma dość. Daliśmy mu jeszcze kilka minut na przemyślenia na nasz temat, zapewne bardzo ciepłe i soczyste po czym zjechaliśmy na przydrożny parking. Pomogliśmy my wbić się na mokro w p-deszcza, wspólnie wypowiedzieliśmy pobożne życzenie „da radę!” i pojechaliśmy w nadchodzący zmrok. W dole przez strugi deszczu przebijały już światła Oradei. Jak na złość szukanie noclegu zajęło nam niemal godzinę w czasie  której zużyliśmy już wszystkie rezerwy sił i cierpliwości. W końcu zmęczeni zameldowaliśmy się w hotelu, wypiliśmy po ciepłej herbacie i i padliśmy w ciepłą pościel słuchając stukotu deszczu w okna. To już ostatni nocleg na rumuńskiej ziemi, wyprawa dobiega powoli końca – jutro przekroczymy granice i rozpoczniemy nasz powrót do domu. Tym razem prognozy pogody nie sprawdzą się i do końca podróży dotrzemy bez deszczu kończąc szczęśliwie ten nieco pospieszny ale bardzo udany wyjazd.

Tagi: , , , ,

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>