Niedziela 15.09.2013

Rano po szybkim śniadaniu wybraliśmy się z Żabą na Mszę. W hotelu po chwili ożywionej dyskusji który kościół jest bardziej reprezentacyjny dla obcokrajowców polecono nam katedrę, jako jeden z piękniejszych zabytków miasta. Faktycznie jest to bardzo ładny kościół ale po rozpoczęciu Mszy okazało się że jest ona odprawiana… po węgiersku. No i znowu nie zrozumiałem kazania :-)

Satu MarePokonanie wieczornej trasy w świetle dnia odebrało uliczkom centrum wiele z uroku jakim oczarowały nas po zmroku. W jasnym świetle dnia widać było że lata zaniedbań silnie odcisnęły swoje piętno na wyglądzie i kondycji zabudowy. Zniszczone tynki, popękane elewacje, zatarte malunki i kolory. Aż szkoda było nam patrzeć na budynki w bocznych uliczkach gdy wyobraźnia podpowiadała jak okazale i dumnie musiało kiedyś wyglądać to miasto.

Po takim lekkim rozczarowaniu łatwiej było nam pożegnać się z Satu Mare i wyruszyć na wschód w kierunku Sapanty. Bardzo ciekawi byliśmy co czeka nas w Rumunii na drogach. Nasze wyobrażenia przywiezione z kraju były dość mgliste…  Miały być kiepskie drogi, sterty śmieci, obdarte dzieciaki zaczepiające na każdym postoju. Okazało się że jakość dróg nie była wcale gorsza niż w Polsce. Mijane okolice były w miarę schludne i nie zaśmiecone bardziej niż nasze miasteczka. A mijane dzieciaki machały nam radośnie i bez cienia interesowności. Jedyne co mocno odbiega od znanych nam z Polski obrazów to powszechne użycie koni i konnych wozów.

We mgleSzybko dotarliśmy do pierwszych wzniesień i wijących się przez nie serpentyn. Jak na złość pogoda dramatycznie się pogorszyła i zakręty przyszło pokonywać nam w gęstniejącej, mokrej mgle. Momentami była tak gęsta że prawie nie było widać poprzedzającego motocykla. Zrobiło się mokro i zimno. Rozsiane miejscowości zaskakiwały nas przedziwną architekturą. Z mgły wynurzały się gargamelowe kształty domów, których przedziwne ozdoby wyglądały delikatnie mówiąc festyniarsko. Poczucie architektonicznej estetyki jest w Rumunii bardzo odległe od naszego ale z drugiej strony ciężko zarzucić budowniczym monotonię. W niektórych miejscowościach miałem wrażenie trwania wyścigu na ilość udziwnień jakie da się w jednym domu pomieścić. Wisienką na torcie były przytłaczające, cukierkowe pałace, należące prawdopodobnie do romskich oligarchów. Takich brzydactw długo by szukać nad Wisłą.

W końcu dojechaliśmy do pierwszego z celów naszej rumuńskiej trasy – obowiązkowego punktu jakim jest wesoły cmentarz. Jadąc przez Sapantę nie da się go ominąć – prowadzą do niego wielkie drogowskazy. Wokół cmentarza powstało coś na kształt skrzyżowania cepelii z parkingiem. Wszędzie stoją zaparkowane samochody, nie brakuje też kilku motocykli. Na drugim planie czają się stragany z pamiątkami i kulinarnymi wyrobami miejscowych.

Zostawiamy motki obok cmentarnego ogrodzenia i idziemy zwiedzać. Ale najpierw czeka nas wizyta w kasie. 5 euro za człowieka, 2 za fotografowanie. Tanio to nie jest jak za wstęp na cmentarz… Ale za to bilety mają bardzo pomysłową formę – to zalaminowane niewielkie reprodukcje ikon, świetne na pamiątki.

Wesoły cmentarzWchodzimy na teren cmentarza. Jest niewielki, mniejszy niż sobie go wyobrażałem. Większą część powierzchni zajmują bardzo gęsto umieszczone nagrobki. Na ich pionowej części namalowane są barwne obrazy przedstawiające sceny z życia lub moment śmierci osoby pochowanej. Są tam przedstawieni kierowcy, rzemieślnicy, robotnicy, gospodynie domowe, dzieci. Ilustracje są kolorowe bardzo optymistyczne, zaskakująco nieprzystające do naszych cmentarnych konotacji. Czasem przedstawienie momentu śmierci jest bardzo dosadne a czasem alegoryczne. Opisy są niestety tylko po rumuńsku więc nie zawsze potrafiliśmy rozwikłać historię przedstawioną na nagrobku. Wyraźnie widać iż począwszy od 1935 roku do dzisiaj dekoracje te przechodzą powolną ewolucję. Ogólny zamysł i kolorystyka pozostaje bez zmian ale rośnie szczegółowość ilustracji. Na najmłodszych można już rozpoznać marki pojazdów, szczegóły ubioru. Te pierwsze były bardziej symboliczne, mniej koncentrujące się na szczególe. Całość robi niesamowite wrażenie.

Cmentarz opuszczamy gnani przeraźliwym głosem dzwonów które wprawiane są w ruch ręcznie (a właściwie nożnie) przez niemłodego mężczyznę. Nie mamy pojęcia jak daje on radę wytrzymać ten dziki hałas…

Ruszamy dalej drogą nr. 18 jadąc skrajem Parku Narodowego Muntii Maramuresuli. Droga okazuje się motocyklową rewelacją. Idealny, chropowaty asfalt, super winkle, piękny las. Manetka odkręca się sama, drzewa zlewają się w migający szpaler. Moto kładzie się raz w jedną raz w drugą stronę, adrenalina buzuje. No po prostu raj motocyklisty. Aż do momentu gdy za ciasnym zakrętem natrafiam na stojący na środku drogi samochód. Ot tak zaparkowany przez rumuńską rodzinę. Cudem omijam go ostrzegając resztę ekipy. I w ten właśnie sposób nasza wyprawa daje okazję poznać podstawową zasadę jazdy po Rumunii: oczekuj nieoczekiwanego. Dalej jadę już znacznie bardziej nieufnie zostawiając duży margines bezpieczeństwa.

Mijamy kolejne miasteczka i wioski. Od czasu do czasu z nieba siąpi deszczyk ale jedzie się dobrze. Ruch nie jest duży, kierowcy trzymają się przepisów. Powoli zaczynam odczuwać głód. Reszta chyba też więc Kusz wychodzi na prowadzenie. I znowu jak po sznurku prowadzi nas do bardzo sympatycznej knajpy przy hotelu La Cassa, gdzie dostajemy obiad który jest małą ucztą.

IMG_4110mPo jedzeniu znowu zaczyna kropić. Droga jest teraz bardziej wymagająca, długie odcinki są w przebudowie. Przybywa samochodów, widać wyraźnie że wpadliśmy na jakiś szlak komunikacyjny. Pomału zapada wieczór. Zatrzymujemy się jeszcze na tankowanie i krótki odpoczynek na stacji benzynowej. Ostatni odcinek do rodzinnego miasta Wlada Palownika – Sigishoary, przemierzamy już po zmierzchu. Tym razem nasz internetowy pomocnik wskazuje niewielki, tani ale bardzo zadbany hotelik Joker. Motocykle wprowadzamy na wewnętrzny dziedziniec a sami idziemy na zwiedzanie miasta. Wizyta w restauracji zamiast krótkim epizodem staje się wielką wyżerą. Jest na tyle ciepło że ku mojemu pomstowaniu większość postanawia jeść na zewnątrz. Pożeramy cały półmisek mięs wykańczając go frytkami i piwem. Tak wzmocnieni niemal do północy łazimy po starówce bajecznie oświetlonej ulicznymi lampami i światłem księżyca. Zmęczeni ale zadowoleni wracamy do hotelu. Przed snem jeszcze obowiązkowe ładowanie kamer, interkomów i telefonów… Po chwili śpimy jak niemowlaki. A nocne niebo opuszczają ostatnie chmury szykując piękną pogodę na kolejny dzień wycieczki.

Tagi: , , ,

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>