…. motocyklowej.

Jest tak:  gdzieś tam, kiedyś, nieważne jak i kiedy, zaświtała Ci myśl o motocyklu. Zbierasz się, zbierasz, przekonujesz samą siebie do motocykla (ave, stereotypy!), nareszcie prawko – bo kurczę nie potrafię bez prawka jeździć, to chyba niemiecka krew ;-) – kurs prawa jazdy, kategoria A; ślęczenie w necie na forach i innych ścigaczach, nos zagrzebany w „Motocykliście doskonałym”,  czytasz i wypytujesz o wrażenia, o pierwsze moto, o wrażenia, o rady…  no ale przecież bez praktyki ani rusz, więc kupujesz pierwsze moto i siadasz i…..

nie umiesz jeździć. Taaaaa…  Pisał „Motocyklista doskonały” – patrz gdzie jedziesz, nie po czym jedziesz! A Ty na prostym zakręcie się wykładasz.

Oczywiście jesteś tego świadoma, wszak nie od razu Rzym zbudowano, bez pracy nie ma kołaczy, tak więc siadasz, szukasz kursów doszkalających (czyli de facto  uczących jazdy), idziesz na taki kurs (no dobra, to jeszcze przede mną, ale przynajmniej mam świadomość! hehe),  nie daje Ci też spokoju wrodzoneniewrodzone kobiece dążenie do perfekcji czyli Durna Ambicja.

Przed każdym wyjazdem kółka na placyku, na uliczce, gdziekolwiek, żeby rozgrzać się przed wyjazdem, zwłaszcza przed skrętami. No wiadomo, przerabialiście, prawda?

Wreszcie otrząsasz się, jakotako idzie! Jeździsz.

I to jest moment, w którym już zaczynasz dostrzegać innych jeźdźców już tak naprawdę. Nadal większość z nich to Panowie. Rozmawiasz z nimi, dzielisz się wrażeniami, doradzają Ci jakie ćwiczenia….. zaraz, moment, koleś wszak niedawno po prawku, ma niewiele więcej kilometrów ode mnie, co jest grane, jakie rady? I czemu jemu lepiej idzie ode mnie?

I tu się okazuje, że jednak te niewiele więcej kilometrów ode mnie to rzecz, delikatnie mówiąc, względna. Nienienie, nie chodzi o jazdę bez prawka, tego tu polecać nie będę. Ale koledzy – no cóż, mieli inne doświadczenia dzieciństwa, których ja nie miałam. A Wy dziewczyny? Już tłumaczę o co chodzi. Koledzy jak skończyli lat 14 lub nawet wcześniej, wyrywali się na motorynkę.  Jeździli po okolicy godzinami, próbowali się ścigać,  niekoniecznie za zgodą i wiedzą rodziców.  Jeden jeździł enduro i to dość karkołomnie. Drugi zjeździł Stolicę na 50cc, i obładowany bagażami zapuszczał się jeszcze dalej. Trzeci jeździł… no właśnie. Shadowgirl nie mogła, bo nie. Bo się zabije. Bo niebezpiecznie. Bo po co… Różne przyczyny były, sama pamiętam co wtedy myślałam jako młodziak,  i co gorsza, uwierzyłam w to. Tylko siebie winić. Jak ja jednak zazdroszczę takiej Weronice Kwapisz jej taty i pasji w rodzinie! Tak pozytywnie oczywiście.

To wszystko procentuje jak wsiadasz na własne moto.  Doświadczenia z małych pojemności, z wczesnych szczenięcych lat, ułatwiają potem życie jak jedziesz sprzętem już konkretnym. Nie pierwszy raz te manewry, nie pierwszy raz poślizg, nie pierwszy raz zablokowane tylne koło, ćwiczone na mniejszej, lżejszej maszynie, dają więcej szansy na maszynie – powiedzmy – dorosłej.

Czy też miałyście/mieliście takie doświadczenia? Ja nie. I żałuję, bo dużo jeszcze przede mną – jeśli chodzi o naukę jazdy motocyklem. Tylko czemu, czemu szkółka enduro dla dzieci jest aż w Lublinie…

 

Tagi: ,

Odpowiedzi: 6 do wpisu “Za kulisami nauki jazdy…”

  1. Sharlota pisze:

    To samo się tyczy w zasadzie wszystkich sportów: od jazdy na rolkach po żeglarstwo. Myślę, że motorynki dla dzieci, czyli ich brak, reglamentacja przez rodziców, nie jest tu wyjątkiem, a przynajmniej u mnie tak było. A u Was jak było?

  2. ja pisze:

    znam doskonale problem rozmów z kolegami – oni wjeździli się czasem od dzieciaka a my walczymy teraz jako dorosłe

  3. Brat pisze:

    Niemiecka krew? Wypraszam sobie!

  4. [...] Ale nauczy się odruchów, upadków, jazdy po prostu. Wtedy takie zapędy jak opisywałam w tej notce nie miałyby już [...]

Zostaw odpowiedź

Możesz używać następujące tagi: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>